wtorek, 17 czerwca 2014

The Octopus-heart: part I - ink bleeding

W ramach odskoczni i rozładowania napięcia związanego z końcowymi zaliczeniami i samymi egzaminami chwyciłam za ołówek, starając znów przypomnieć sobie jak się "oddycha". Nie rysowałam niczego od sierpnia ubiegłego roku. Nie było nawet czasu na żadne proste, nic nie znaczące szkice, które miałyby na celu jedynie podtrzymać moją rysunkową formę. Tym właśnie okropnym zaniedbaniem tłumaczę sobie średnio zadowalające efekty moich ostatnich zmagań. Skan w większym formacie obejrzeć można TUTAJ. Można tam również przeczytać fragmencik mojej opowieści (hoho, jak do "dumnie" brzmi._.), który ów pomysł uzasadnia.
Nie od dziś wiadomo, że mam obsesję na punkcie motywu serca. Przejawia się to w wielu aspektach mojego życia, lecz w mojej (pseudo) twórczości przede wszystkim. Dziewoja z sercem, które bezczelnie wypełza z jej ciała pojawiła się już na jednej z wcześniejszych prac, zatytułowanej My Frozen Forest. Obecny rysunek jest dopiero drugim oficjalnym przedstawieniem tej samej bohaterki i jej dziwacznego serca, choć sam pomysł siedzi w mojej głowie już od ponad 10 lat i zdążyłam w ciągu tego czasu dorobić do niego całą powykręcaną na wszystkie strony historię, która jest dla mnie chyba najważniejszą pośród wszystkich moich opowieści. Zaś motyw samego bogato unaczynionego i samowolnego serca przyszedł do mnie w zdecydowanie mniej romantycznych okolicznościach - zaczęło się od dziury w ścianie...
Dziury, która - jak widać na poprzednim zdjęciu - powstała w moim pokoju w czasach niemal prehistorycznych, przez nieostrożne otwieranie drzwi. Po pewnym czasie zauważyłam, że odciski pozostawione przez klamkę przypominają mi kształt serca i, jak na dziecko przystało, obrysowałam kontur za pomocą pasteli. Bez wyraźnej przyczyny dorysowałam po chwili również naczynia wychodzące z serca, nie mające nic wspólnego z anatomiczną rzeczywistością - przypominały raczej gałęzie lub poroże jelenia. Stworzony w ten sposób motyw spodobał mi się tak bardzo, że postanowiłam wykorzystać go w historii, do której wówczas nie przywiązywałam jeszcze większej wagi, gdyż była dopiero w powijakach. Trudno mi teraz uwierzyć, jak wiele się od tamtego czasu zmieniło. Za wyjątkiem tego właśnie serca.
Serce w mojej opowieści jest symbolem, a każdy symbol przedstawić można pod różnymi postaciami. Zwłaszcza jeśli chodzi o prace ilustrujące konkretne zdarzenia. Jest tam bowiem moment, w którym bohaterka porównuje swoje serce do ośmiornicy, która czai się w głębinie gotowa by zadać ostateczny cios, a jego naczynia stają się mackami duszącymi każdą komórkę jej ciała. Zamiast być źródłem życia, to serce przynosi jedynie zniszczenie. Bardzo długo zwlekałam z zilustrowaniem tej sceny. Jest ona dla mnie niezwykle istotna i czekałam na moment, w którym będę na tyle zadowolona z moich rysunkowych zdolności aby przedstawić ją w sposób jak najbliższy temu, co widzę oczami mojej wyobraźni. Niestety, łudziłam się.
Brak czasu i odpowiedniej dawki ćwiczeń sprawił, że od pewnego momentu nie czynię żadnych postępów w mojej ukochanej dziedzinie. Nie było więc sensu dłużej zwlekać z przelaniem pomysłu na papier. Przypomniałam sobie o nim miesiąc temu, gdy dzień nie układał się dla mnie najlepiej i byłam krótko mówiąc zrezygnowana. Doszłam do wniosku, że istnieje tylko jeden właściwy sposób na wykorzystanie tak negatywnego nastroju - stworzenie rysunku o smutnej tematyce. Szkic powstał bardzo szybko, nie chciałam poświęcać mu przesadnej ilości czasu, nie doszukiwałam się w nim również błędów, choć jest to jak wiadomo jedyny etap, w którym można jeszcze coś poprawić. Być może spowodował to mój nastrój, a może chciałam po prostu rysować i nie skupiać się na błędach czy innych czynnikach rozpraszających.
Nawet z chwilą, gdy szkic przeistoczył się w lineart nie dostrzegałam w nim żadnych poważnych błędów, a przynajmniej nie takich, które przeszkadzałyby mnie. Powiedzmy sobie szczerze, proporcje w moich rysunkach zawsze są zaburzone, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. A ja najwyraźniej przyzwyczaiłam się do nich już w takim stopniu, że przestałam zwracać na nie uwagę. Od zawsze zresztą tłumaczyłam sobie, że skoro rysuję w mangowych klimatach to nikt nie ma prawa czepiać się "moich proporcji", w duchu natomiast liczyłam, że z czasem wszelkie aspekty anatomiczne w moich pracach jakoś same się unormują.
Koniec końców byłam jednak z lineartu zadowolona. Wydawał się być spójny, estetyczny, a elementy, na których zależało mi najbardziej, czyli wijące się serce w postaci ośmiornicy oraz twarz, a w szczególności oczy bohaterki prezentowały się zgodnie z moimi oczekiwaniami. Nie widziałam żadnych przeszkód aby rozpocząć powolny i wymagający proces kolorowania.
Kredkami, naturalnie. Kredki to moje ukochane medium i choć próbowałam zastąpić je markerami, a nawet myślałam o zapoznaniu się z cyfrowymi technikami kolorowania, ostatecznie nic nie jest w stanie pomóc mi w osiągnięciu podobnych rezultatów co stare, dobre, "dziecinne" kredki. Nie są to co prawda rezultaty idealne, ale gdyby nie one, moje rysunki byłyby już kompletnie do niczego. Niestety kolorowanie za pomocą kredek zajmuje mi bardzo dużo czasu, który po raz kolejny jest niewspółmierny do efektu końcowego.
Ponownie dochodzę do wniosku, że moje rysunki zdecydowanie lepiej prezentują się na zdjęciach niż w postaci skanu i to pomimo drobnej obróbki, którą zawsze zapewniam plikom wychodzącym prosto ze skanera. Zwłaszcza powyższe ujęcie wyjątkowo przypadło mi do gustu - przypomina bowiem fragment starej ikony. Być może to stwierdzenie zostanie źle odebrane (nie mam na myśli, że stworzyłam tutaj bizantyjską ikonę, bynajmniej! Zawsze bliższe mi jest krytykowanie własnych umiejętności niż ich przecenianie). Po prostu ten konkretny fragment, oderwany od całości za pomocą ujęcia wykonanego z ukosa prezentuje się moim zdaniem zdecydowanie ciekawiej niż - pożal się Boże - dziecinny i żałosny skan.
Chociaż rysunek przedstawia tą samą postać co My Frozen Forest, widać wyraźne zmiany, które zdążyłam poczynić w wyglądzie bohaterki od ostatniego przedstawienia jej na papierze. Doprawdy zastanawiające, skąd wzięła się ta nowa fryzura...? Nie będę jednak na ten temat dyskutować, nie jestem w końcu pierwszą i ostatnią autorką, która przeszczepia pewne elementy własnego wyglądu jednej ze swoich postaci. Nie jest to jednak koniec zmian. Mam serdecznie dość mojej obecnej, przepełnionej mangową manierą kreski. Chciałabym stworzyć swój własny styl, oderwany od tak typowo mangowej rzeczywistości, oparty nie tylko na charakterystycznym kolorowaniu. Bohaterka będzie więc ulegać transformacji tak długo, aż nie znajdę tego, czego szukam. Jedną rzeczą, która nigdy się nie zmieni jest plama na jej prawym policzku, kolejny ważny symbol. I oczywiście wspominane serce.
Jeśli miałabym z kolei wymienić rzeczy, z których jestem zadowolona, zdecydowanie będzie to sposób pokolorowania włosów i skóry. W końcu udało mi się odnaleźć właściwą kombinację kredek, która pozwoliła uzyskać idealny odcień czerwono-rudych kosmyków. Skóra natomiast wygląda tym razem wyjątkowo miękko, poszczególne odcienie przechodzą między sobą w bardzo delikatny sposób, co bardzo mi odpowiada. Jest taki ogólnoświatowy trend w kolorowaniu skóry, włosów, ubrań i w ogóle całych postaci, który osobiście nazywam "plastikowym", gdyż niezwykle mnie drażni. Polega on na umieszczaniu intensywnych odbić światła w dosłownie każdym miejscu rysunku, wszystko musi się błyszczeć niczym wypolerowane lakierki. Tymczasem każdy dobrze wie, że zarówno ludzka skóra, włosy czy ubranie nie odbijają światła tak jak szkło czy plastik. Ba! Każdy z tych elementów robi to na swój własny sposób. A ponieważ moje rysunki nie grzeszą anatomiczną poprawnością, chciałabym żeby przynajmniej faktury były jak najbardziej zbliżone do rzeczywistości.
Jedynym elementem, który otrzymał ode mnie taki właśnie odblask, jest gwóźdź programu - wychodzące na wierzch serce. Serce, które tym razem przybrało postać ośmiornicy. Wyobraziłam je sobie jako głowonoga, który został ledwo co wyciągnięty ze swojego naturalnego środowiska życia i pokryty jest jeszcze resztką wody (czy też płynami ustrojowymi z jam ciała swojej właścicielki), która ma prawo intensywnie odbijać światło. W trakcie nanoszenia białej farby miałam wręcz wrażenie, że serce - "głowa" ośmiornicy wygląda niczym szklany słój, w którym ktoś upchnął krwistoczerwony mięsień. Kształt jak i sposób pokolorowania "ośmiorniczego serca" to kolejne detale, z których jestem zadowolona. Organ faktycznie przypomina małego głowonoga, zwłaszcza gdy odwrócimy rysunek do góry nogami.
Powinnam wytłumaczyć jeszcze osobliwe przedłużenie i zakończenie sylwetki postaci. Otóż miał to być fragment przypominający starą, rozpadającą się kolumnę lub rzeźbę, po krawędziach której spływają krople atramentu ośmiornicy, zgodnie z tytułem rysunku. Niestety moje słabo wytrenowane zdolności nie pozwoliły mi oddać tej koncepcji w taki sposób, jak sobie wyobrażałam. Dla wielu osób może to być wręcz element nieczytelny i pozbawiony sensu.
I w końcu tło. Zajęta tworzeniem głównych elementów rysunku pozostawiłam kwestię tła nieprzemyślaną do ostatniej chwili. I to był kolejny błąd. Od samego początku wiedziałam, że zarówno włosy jak i serce postaci będą w kolorach czerwieni, choć różniących się odcieniami. Efekt zlewania się rudo-czerwonych kosmyków z mackami, które je podtrzymują również był jak najbardziej zamierzony. Jednak dopiero po pokolorowaniu wszystkich krwistych elementów zaczęłam łamać sobie głowę, jakie tło podoła takiej ilości czerwieni. Ostatecznie postawiłam na mieszaninę koloru żółtego i pomarańczowego. Niestety efekt końcowy okazał się zdecydowanie zbyt intensywny i moim zdaniem przytłoczył całą kompozycję. Był to jednak pierwszy raz, gdy postanowiłam wykonać tło taką techniką, więc po części czuję się usprawiedliwiona. Mam nadzieję, że przy następnej okazji będzie odrobinę lepiej.
W ramach podsumowania pozwolę sobie na następujące stwierdzenie: sądzę, że mam dobre pomysły, jednak nadal brakuje mi odpowiednich umiejętności, aby przedstawić je w sposób interesujący. Bardzo mnie to smuci, gdyż rysunkiem jako takim param się już od ponad dwudziestu lat i uważam, że po takim czasie powinnam osiągać zdecydowanie lepsze rezultaty. Z drugiej jednak strony nic dziwnego, że owych rezultatów nie widzę, skoro rysowanie od zawsze było jedynie moim hobby, niezależnie od tego jak wielką pasją je darzę. Rzeczywistość zawsze musi stać na pierwszym miejscu, a na świat fantazji i próby przelewania go na papier zwykle brakuje mi czasu. Bez nieustannych ćwiczeń nie ma postępu, w żadnej dziedzinie. Od kilku dni staram się sporo szkicować w poszukiwaniu choćby namiastki tej nieuchwytnej dotychczas doskonałości. Nie mam na jej temat żadnego konkretnego wyobrażenia, ale jeśli tylko uda mi się dostrzec właściwy ślad ołówka będę wiedziała, że jestem już blisko. Oby starania te zaowocowały wkrótce pracą, którą mogłabym pokazać tutaj z dumą.

7 komentarzy:

  1. Jak już pisałam, mnie obrazek bardzo się podoba! I chcę więcej słyszeć o Twojej opowieści, bo coś mnie zainteresowała. :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, gdybym mogła wybrać do natychmiastowej publikacji tylko jedną ze wszystkich wymyślonych przeze mnie historii, to bez wątpienia byłaby nią właśnie ta. Mam nadzieję, że kiedyś świat pozna je wszystkie, być może są tego warte. Tymczasem z każdym kolejnym rysunkiem dotyczącym tego opowiadania na jaw wychodzić będą kolejne szczegóły:)

      Usuń
  2. Kurczę, podoba mi się strasznie sposób, w jaki kolorujesz. Nawet jeśli sama na niego narzekasz, to mojemu laickiemu oku się podoba (czy to aby na pewno brzmi jak komplement? .-.) Lubię też ośmiornice, więc to tym bardziej działa na plus rusunku. No i kolorystyka starego złota i żywej czerwieni faktycznie może przypominać ikonę (plus ten układ dłoni i serce na wierzchu; poza tym te pionowe pasma włosów TEŻ mi się jakoś kojarzą z ikonami, ale nie mogę wychwycić, dlaczego O_o) - a sztuka prawosławna jest bardzo bliska mojej estetyce, więc tutaj też plusik >D I nie, tło nie przytłacza, tło tylko dodaje przepychu całości, a, jak wiesz, dla mnie to bardzo pożądana cecha. Przepychu, nutki sakralności... jak zwał tak zwał, ale na pewno nie przytłacza, a harmonizuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo miło mi to słyszeć (zdecydowanie odebrałam to jako komplement). Sposób kolorowania jest chyba najmocniejszym elementem moich rysunków, choć zdaję sobie sprawę, że jeszcze wiele mu brakuje do poziomu, który chciałabym prezentować. Z drugiej strony pozostałe elementy kuleją zdecydowanie bardziej:D Cieszę się też, że moje skojarzenia z ikonografią okazały się jednak trafione, choć sama nie umiałabym ich w ten sposób uzasadnić. Co do tła - najwyraźniej przechodzę wyjątkową fazę buntu przeciwko przepychowi, skoro cały czas wydaje mi się ono przytłaczające (nawet ubrania własnej bohaterce nie dałam - czysta asceza!). Najwyraźniej muszę ponownie przemyśleć mój system wartości estetycznych, bo podczas uciekania od lolita fashion trochę się po drodze zgubiłam.

      Usuń
  3. Zazdroszczę talentu ! Sama nie umiem rysować, więc Ci bardzo zazdroszczę. Świetny blog !
    Zapraszam do mnie:
    www.czarna-rock.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń