wtorek, 22 kwietnia 2014

Damy z obrazów Rossettiego

"La Ghirlandata"
Wolne dni rozleniwiają, zwłaszcza gdy człowiek złapie wiosenną grypę i spędza Święta w domu. Z tego też tytułu, aby nie wypaść z wprawy i nie rozleniwić się na dobre postanowiłam poruszyć dziś tematykę prostą, lekką i przyjemną, która zresztą od dawna chodziła mi po głowie i którą nawet już wcześniej na tym blogu zapowiadałam (chociażby tutaj) - a mianowicie malarstwo zapisane głęboko w moim sercu. Rozpocznę od jednego z moich ulubionych Prerafaelitów, jakim jest Dante Gabriel Rossetti (drugi to John William Waterhouse, choć nie jest wymieniany wśród czołowych przedstawicieli bractwa, był z nim raczej luźno związany).

Prerafaelici, określani jako Tajne Bractwo, byli - bardzo skrótowo rzecz ujmując - stowarzyszeniem artystów założonym w Anglii przez czterech studentów londyńskiej The Royal Academy of Art (jednym z nich był właśnie Rossetti), którzy postanowili zbuntować się przeciwko czysto akademickiej sztuce wzorowanej na obrazach Rafaela Santi, definiowanej sztywnymi zasadami i zwyczajnie nudnej. Jak sama nazwa wskazuje, cenili nurty w sztuce przed dominacją Rafaela, a w swych dziełach nawiązywali często do mitów, legend, przysłów, twórczości Shakespeare'a, pielęgnowali mistycyzm i dbałość o romantyczne symbole.

Nie będę tutaj opisywać biografii Rossettiego, chętni do jej zgłębienia z pewnością znajdą lepsze źródła na własną rękę. Warto jedynie wspomnieć, że już od czasów wczesnej młodości bliskie mu były dzieła Dantego Alighieri, Edgara Allana Poe i Williama Blake'a (za co mogłabym z Rossettim przybić soczystą piątkę), które miały wpływ na jego późniejszą twórczość. I właśnie na owej, wybranej przeze mnie twórczości chciałam się dzisiaj skupić.

Powyższy obraz, którego tytuł tłumaczony jest na nasz piękny język jako "Dziewczyna otoczona girlandami", jest bez wątpienia moim ulubionym spośród całego dorobku artysty. Był to pierwszy obraz Rossettiego, jaki kiedykolwiek zobaczyłam i wywarł na mnie wówczas niesamowite wrażenie, które utrzymuje się do dziś. Kolory są niezwykle żywe, przeważa szlachetna, szmaragdowa zieleń kontrastująca z ogniście rudymi włosami obecnych na płótnie postaci. Dzieło zaszczepiło we mnie chęć kolorowania tkanin w podobny sposób jak czynił to Rossetti, czego bardzo mizerne próby oglądać można tutaj. Do postaci tytułowej dziewczyny pozowała Alexa Wilding, natomiast twarzy obu aniołom użyczyła May Morris - córka Williama, przyjaciela artysty i Jane, ostatniej muzy Rossettiego. Obraz powstał po zakończeniu trudnego dla malarza okresu, w którym zmagał się z uzależnieniami i próbował popełnić samobójstwo.
"Venus Verticordia"
Wenus zmiennego serca stanowi ilustrację do napisanego przez Rossettiego sonetu o tym samym tytule. Artysta przestrzega w nim przed miłosnym oszołomieniem i obwinia starożytną boginię miłości o powodowanie kaprysów kobiecego serca oraz zawracanie serc mężczyzn ze ścieżki cnoty. Otoczona przez róże i kapryfolium Wenus dzierży jabłko - ważny atrybut wymieniany w sonecie, grotem strzały natomiast mierzy w kierunku serca. Podobno modelką była pierwotnie pewna dziewczyna, charakteryzująca się bardzo wysokim wzrostem, przez niektórych uważana wręcz za gigantkę. Jej imię nie zapisało się niestety na kartach historii. Dopiero później Rossetti przemalował oryginalną twarz, umieszczając na płótnie wizerunek Alexy Wilding. Jest to również jeden z nielicznych aktów, które wyszły spod pędzla artysty.
"Lady Lilith"
Któż nie słyszał o Lilith, według żydowskiego mitu pierwszej żonie Adama, utożsamianej w średniowieczu z demonem bądź upiorem. Rossetti ukazał ją jako piękną kobietę, która w uwodzicielski sposób czesze swoje długie i niezwykle gęste włosy. Na jej twarzy maluje się zagadkowy grymas, który wzbudza jednak pewien niepokój. Jest to kolejne dzieło, które zostało przez artystę w późniejszym czasie przemalowane. W oryginalnej wersji Lilith miała twarz Fanny Cornforth, jednak po czterech latach została ona zastąpiona, najprawdopodobniej na żądanie klienta, który obraz zakupił, przez znaną nam już Alexę Wilding.

Muszę przyznać, że mnie w owym dziele intrygują zupełnie inne rzeczy niż zamiana modelek, czy nawet przewodni motyw Lilith. Przede wszystkim widzimy tutaj kobietę siedzącą w fotelu, a na drugim planie widnieje toaletka z lustrem - można by więc sądzić, że scena ma miejsce w pokoju. A jednak różany krzew za plecami Lilith, a tym bardziej odbicie w lustrze ewidentnie sugerują, że znajdujemy się w ogrodzie... Moim zdaniem jest to jedno z pierwszych w malarstwie, baśniowych połączeń obu tych miejsc, które w późniejszym czasie upodobał sobie między innymi Jacek Yerka (któremu również poświęcę tutaj osobny post, w swoim czasie).

Druga rzecz, która od początku zwróciła moją uwagę to czerwona "bransoletka" na przegubie dziewczyny. Moim zdaniem może ona mieć podobną genezę co sama postać Lilith. Nie jestem co prawda znawczynią żydowskiego folkloru i moje domysły opieram na wiedzy dość ograniczonej, ale czy nie jest to dziwny zbieg okoliczności, że ozdoba przypomina wielokrotnie zawiniętą nitkę i umiejscowiona jest akurat na lewym nadgarstku kobiety, gdzie według Kabały (czy raczej jej uproszczonej, spopularyzowanej wersji) należy ją nosić aby uzyskać ochronę przed złem? Motyw czerwieni odpędzającej uroki znamy zresztą i z własnego podwórka, jeszcze kilkadziesiąt lat temu w Polsce nitka bądź wstążka w tym kolorze przywiązana do dziecięcego wózka traktowana była jako amulet ochronny. Czy była równie popularna w wiktoriańskiej Anglii - nie mam bladego pojęcia. Nie znalazłam również żadnych informacji na temat tego, co naprawdę według Rossettiego symbolizować miała czerwona ozdoba na ręku Lilith.
"A daydream"
Sen na Jawie, dzieło namalowane dwa lata przed śmiercią artysty, pochodzi z okresu, w którym na jego płótnach niepodzielnie królowana Jane Burden, później Morris. Wcieliła się tutaj w eteryczną postać o rozmarzonym wyrazie twarzy, siedzącą na drzewie. Kolor jej powłóczystej szaty niemal wtapia się w otaczającą roślinność, a książka na jej kolanach miała odnosić się do "Nowego życia" Dantego, można więc przypuszczać, że wizja ta symbolizuje wiosenne odrodzenie. Warto zwrócić również uwagę na dłonie o długich, cienkich, nerwowych palcach, które artysta potrafił malować z niezwykłym wyczuciem i które są cechą charakterystyczną kobiet na jego płótnach. Rossetti, zgodnie ze swoim zwyczajem, dołączył do obrazu sonet o śnie na jawie, w którym bohater traci kontakt z rzeczywistością, poddając się wyobraźni.
"Sibylla Palmifera"
Tak jak "Lady Lilith" symbolizować miała piękno cielesne, tak Sybilla uchodzi za alegorię piękna duchowego. Nie bez powodu również obie kobiety przedstawione zostały w niemal identycznej pozie - obrazy stanowią uzupełniający się komplet, ilustrujący (jakżeby inaczej) dwa sonety Rossettiego, które również zostały opublikowane razem, na sąsiadujących stronach.

Sybilla to starogreckie określenie dla wieszczki przepowiadającej przyszłość. Jej wizje wywoływane były zwykle przez wziewne środki odurzające, a z jej słów, które same w sobie nie posiadały większego sensu, kapłani układali pieśni, przedstawiane następnie osobie zgłaszającej się po radę. Palmifera przetłumaczyć można natomiast jako "niosąca palmę" i zarówno palma widniejąca w dłoni kobiety, jak również unoszące się nad jej ramieniem motyle (czy raczej ćmy) wskazują na pozazmysłowy wydźwięk obrazu.

Kwiaty również mają tutaj duże znaczenie symboliczne - maki oznaczają sen, być może profetyczny, są też źródłem narkotyku, a róża stanowi symbol celu, najwyższego sukcesu. W starożytnym Rzymie była również oznaką tajemnicy - jeśli gospodarz chciał poruszyć ze swymi gośćmi delikatne kwestie, zawieszał nad stołem różę. Stąd też popularne określenie "pod różą" oznaczające dyskrecję. A skoro jesteśmy już przy róży, doszłam niedawno do wniosku, że Sybilla Rossettiego przypomina mi postać Melisandre z Gry o Tron.
"A vision of Fiammetta"
Kolejna kobieta w czerwieni - Fiammetta, a właściwie Maria d’Aquino, ukochana i muza włoskiego poety Giovanni Boccaccio. Jej pseudonim oznacza w języku włoskim "mały płomień", nic więc dziwnego, że Rossetti odział ją na swoim płótnie w ognistą czerwień i umieścił nad głową szkarłatnego ptaka, który w kilku innych jego pracach utożsamiany był z Duchem Świętym, manifestującym swoją obecność między innymi przez ogień. Kobietę otaczają gałązki jabłoni, a wokół jej głowy roztacza się aureola, w której ukryty jest anioł. Nie przypadkowy anioł jednak, według Rossettiego miał to być sam Anioł Śmierci, który symbolizuje przedwczesny zgon młodej kobiety. Zatem tytuł obrazu - "Wizja Fiammetty" nawiązywać ma do utworu Boccaccio, w którym po raz ostatni przywołuje on w pamięci wizję swojej zmarłej ukochanej. W roli modelki, tak dla odmiany, wystąpiła Marie Spartali Stillman.
"Regina Cordium"
Królowa Kier, postać, która nigdy nie ujdzie mojej uwadze, była również jednym z ulubionych motywów Rossettiego - stworzył on łącznie aż cztery jej wizerunki. Trzy pierwsze były dość podobne i swoją stylistyką bezpośrednio nawiązywały do klasycznego projektu karty: kobiece twarze zwrócone były do widza półprofilem (en trois quarts), w dłoni każda z nim trzymała kwiat charakterystyczny dla karcianej postaci Królowej, a w prawym górnym rogu widniał symbol serca. Regularny wzór z mniejszych serc często zajmował również całe tło.

Czwarta wersja jest jednak zupełnie inna i mnie osobiście najbardziej przypadła do gustu. Podziwiać tutaj możemy wspominaną już wcześniej wielokrotnie Alexę Wilding, która tym razem pozowała do klasycznego portretu. Twarz kobiety zwrócona jest en face, towarzyszą jej liczne motywy roślinne, w tym róże na pierwszym planie, natomiast symbol serca w prawym górnym rogu zastąpiony został przez medalion z Kupidynem o oczach zasłoniętych przepaską.

Trudno tutaj doszukiwać się jakiegoś wyraźnego związku z postacią Królowej Kier pojawiającą się w powieści Lewisa Carrolla, łączy je jedynie fakt, że obie zainspirowane zostały powszechnie znanym karcianym wizerunkiem. A jednak warto zwrócić uwagę na pewien szczegół - "Przygody Alicji w Krainie Czarów" wydane zostały po raz pierwszy w Anglii w 1865 roku, Rossetti namalował obraz "Regina Cordium" rok później. Przypadek...?
 "The women of the flame"
"Kobieta z płomieniem" to niemal monochromatyczny rysunek, co jest rzeczą dość nietypową dla twórczości Rossettiego, który jak wiadomo bardzo lubił używać wielu intensywnych kolorów w swoich dziełach. Artysta wykonał go pastelem jako szkic przygotowawczy do obrazu, którego jednak nigdy nie namalował. Nie wiadomo zatem, czy w ostatecznej wersji szata barwna uległaby większej zmianie. Bohaterką rysunku jest Jane Morris, nad dłonią której unosi się duszek w postaci małego anioła otoczonego płomieniami. Symbolizować on miał siłę miłości, a wywodzi się najprawdopodobniej z jednego z utworów Williama Blake'a.
"Bower meadow"
"Koncert sielski", jak przetłumaczono tytuł oryginału, to jedna z nielicznych w tamtym okresie twórczości Rossettiego scen grupowych. Dzieło wyróżnia nie tylko liczebność postaci, ale również dynamika, wyrażona za pomocą dziewcząt tańczących na drugim planie. Tło, będące pejzażem, który artysta uchwycił w hrabstwie Kent w okolicy domu swojego przyjaciela Williama Hunta, miało być początkowo wykorzystane do kompozycji przedstawiającej Dantego i Beatrycze w Raju, jednak ostatecznie Rossetti porzucił ten pomysł. W zamian stworzył obraz przedstawiający kobiety, które grają na instrumentach muzycznych - trudno mu się zresztą dziwić, motyw ten należał wówczas do najbardziej poszukiwanych wśród nabywców.
"Dante's dream"
Jednak twórczość Dantego Alighieri przewijała się w dziełach Rossettiego na tyle często, że jeden porzucony pomysł nie uczynił artyście wielkiej różnicy. Powyżej widzimy olbrzymie płótno, będące jednym z ostatnich poświęconych dziełu "Nowe życie", przedstawiające scenę, gdy Alighieri śni o śmierci swojej ukochanej Beatrycze. Poeta prowadzony jest przez anioła dzierżącego strzałę. Atrybut ten oraz fakt, że składa on na ustach spoczywającej w łożu kobiety pocałunek wskazywać mogą, iż jest to Anioł Śmierci. W tle dostrzec można natomiast czerwone ptaki, pojawiające się na obrazach artysty za każdym razem gdy w grę wchodził motyw śmierci.
 "Beata Beatrix"
Dzisiejszą przygodę z Rossettim zakończymy na innej kompozycji nawiązującej do dzieła jego słynnego imiennika. Ponownie przedstawia ono postać ukochanej poety, Beatrycze, która pogrążona jest w skupieniu, najprawdopodobniej związanym z modlitwą. Medytacja przechodzić może również w sen, o czym świadczą dłonie kobiety - pierwotnie złożone, rozluźniły się na skutek powolnej utraty świadomości. W ich pobliżu nadlatuje czerwony gołąb w aureoli - wspominany wcześniej symbol Ducha Świętego oraz... zwiastun nieuchronnej śmierci bohaterki. Na drugim planie widzimy postać w czerwieni stanowiącą alegorię miłości. Niesie ona w dłoni jaśniejący płonień - symbol gasnącego życia Beatrycze, na który bezsilnie spogląda sam Dante Alighieri, ukazany jako ciemna sylwetka w prawym rogu obrazu. W tle majaczy Most Złotników charakterystyczny dla Florencji, gdzie mieszkali Dante i Beatrix.

Dzieło ma jednak i drugie znaczenie, o wiele bardziej osobiste dla Rossettiego. Jest ono hołdem złożonym jego zmarłej żonie, Elizabeth Siddal, która popełniła samobójstwo poprzez przedawkowanie laudanum. To właśnie jej twarz pośmiertnie stała się obliczem zapadającej w wieczny sen Beatrycze. Według niektórych znawców sztuki gołąb na obrazie trzyma w dziobie kwiat maku - laudanum to nalewka z opium, które otrzymywane jest z maku lekarskiego. Kobieta na obrazie otoczona została murowaną cembrowiną, symbolizującą otwarty grób, a umieszczony na niej zegar słoneczny wskazuje godzinę dziewiątą - czas śmierci Siddal. Natomiast ciemna postać w tle, obserwująca gasnący płomień życia i pozbawiona możliwości interwencji uosabia w tym przypadku Rossettiego. Artysta identyfikował się z włoskim poetą nie tylko z powodu imienia - każdemu z nich śmierć odebrała ukochaną kobietę.

Mam nadzieję, że choć w małym stopniu podobała się wam ta skromna przeprawa po zaledwie kilku dziełach Rossettiego, ze mną w roli przewodnika. Czas na zadumę nad jego twórczością jest zwłaszcza teraz uzasadniony, gdyż artysta zmarł w pierwszy dzień Wielkanocy.
Tekst powstał w oparciu o publikację "Klasycy sztuki: Rossetti i Prerafaelici" - jedyną książkę o tej tematyce, jaka posiadam w mojej kolekcji + moje własne przemyślenia i nadinterpretacje.

10 komentarzy:

  1. Poczytać taką notkę zawsze miło, chociaż mi akurat Rossetti zupełnie nie podchodzi. Nie znoszę rudych włosów, a znalezienie u niego panien o innych puklach graniczy z cudem. I te usta, które ty nazwałaś u Lilith grymasem; ja nazwałabym to ogólną tendencją tego malarza (bardzo to też widać w "Rzymskiej wdowie" i "Prozerpinie", ktorej ty akurat nie wstawiłaś, a która chyba była pierwszym obrazem tego twórcy, jaki zobaczyłam). Swoją drogą, bardzo podobne twarze do Rossettiego malowali Evelyn De Morgan i Frederick Sandys, ale już bez prymatu rudości - jeśli nie znasz tych nazwisk, sprawdź, może przypadną ci do gustu. Dla mnie jednak Godward, Brickdale i Alma-Tadema uber alles ;_; I Leighton za "Światłość haremu" >D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A miło mi. Choć pisząc ją miałam wrażenie, że po raz drugi przystępuję do ustnej matury z polskiego i zastanawiało mnie czy ktokolwiek zechce przeczytać notkę o innej tematyce niż odzieżowa, powstrzymując się od wielokrotnego ziewania.

      Mnie rude włosy, zwłaszcza długie, podobały się chyba od zawsze (przypuszczam, że to przez moje wielkie upodobanie do żywiołu ognia), ale dopiero za sprawą Rossettiego nabrałam chęci aby się przefarbować:> "Rzymska wdowa" i "Prozerpina", która chyba faktycznie jest jednym z najbardziej znanych dzieł malarza, nigdy do mnie specjalnie nie przemawiały, a tutaj chciałam umieścić tylko te prace, które lubię najbardziej.

      Nazwiska znam (wszyscy w końcu - mniej lub bardziej - Prerafaelici), a Evelyn De Morgan wszystko zapoczątkowała, gdyż jej "Nadzieja w celi rozpaczy" widniała na okładce mojego egzemplarza Antygony. Namalowała również Clytie, której moja marna wersja widnieje u góry tego bloga. Niemniej w pracach Rossettiego, pomijając już nawet wszechobecną rudość, jest coś takiego co mnie wyjątkowo fascynuje.

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. To fakt:) Szkoda, że nie moje^^'

      Usuń
    2. Rozumiem, też bym takie chciała :) Sztuka to moje hobby, więc chciałabym mieć mnóstwo obrazów. A tak wogóle, byłaś może w Luwrze?

      Usuń
    3. Ja w sumie nie chciałabym mieć obrazów powieszonych na ścianach, tylko całą bibliotekę wypełnioną albumami z wizerunkami dzieł. A najbardziej chciałabym umieć malować w taki sposób:)
      Niestety, nigdy nie byłam we Francji.

      Usuń
  3. Uwielbiam obrazy prerafaelitów, zwłaszcza "Lady Lilith". Również zwróciłam uwagę na jej czerwoną bransoletkę. Bardzo ciekawy wpis o modelkach prerafaelitów znalazłam na blogu Kobiety i Historia
    P.S. Naprawdę pięknie rysujesz :)
    Zaintrygowała mnie Twoja wzmianka o kwiatach przypisanych Królowym w kartach. Czy znasz może kwiaty lub inne atrybuty przysługujące pozostałym karcianym damom?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znałam tego bloga - dziękuję za link, faktycznie bardzo ciekawy:)

      Dziękuję, miło słyszeć:) Choć wiele jeszcze muszę podszkolić, a niestety niewiele mam czasu aby ćwiczyć swoje umiejętności.

      Cóż, nie jestem w tym temacie ekspertem, Królowa Kier jest moją ulubioną postacią z Krainy Czarów i faktycznie zarówno w powieści, jak i na klasycznym karcianym projekcie jej symbolem jest róża. Dama Pik trzyma w dłoni czerwonego tulipana, tego też jestem pewna. Nie pamiętam niestety jaki kwiat jest atrybutem Damy Karo - na karcie z mojej ulubionej talii wygląda on jak chaber, ale pewności nie mam. Z Damą Trefl jest natomiast ciekawa sprawa, ponieważ jej atrybutem jest najczęściej wachlarz, jednak są również takie talie kart, gdzie trzyma ona w dłoni kwiat podobny do bratka (który kształtem przypomina koniczynę - symbol trefl, zatem miałoby to sens), ale w tym przypadku również nie jestem pewna tej informacji.

      Usuń
  4. Świetna notka. Rudości nigdy zbyt wiele, dlatego przyjemnie brnęło mi się przez ścianę tekstu :D
    Mam nadzieję, że stworzysz więcej tego typu notek (kolejna rzecz, na którą będę czekać z niecierpliwością) :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi to słyszeć. Cóż, mam taki plan, aby krótki przegląd (wybranej) twórczości moich ulubionych artystów stał się częścią tego bloga. Na razie nie wiem jeszcze z jaką częstotliwością tego typu notki będą się pojawiać, ale tematyka następnej została już wybrana:)

      Usuń