niedziela, 23 lutego 2014

Grim tea invitation

Zdjęcia wykonane jeszcze zimą - szkoda tylko, że świadczą o tym jedynie świąteczne poduszki w tle. Oczywiście trafiło się kilka bardzo ładnych śnieżnych dni i była nie jedna możliwość do wykonania zdjęć w plenerze, jednak - mimo moich najszczerszych chęci - okazało się, że niestety nie należę do osób, które potrafią ot tak zrzucić z siebie płaszcz i pozować w cienkim ubraniu na mrozie. Muszę przyznać, że trochę się na sobie pod tym względem zawiodłam. Nie pozostawało mi więc nic innego, jak tylko zadowolić się miernym substytutem w postaci sesji z moją ulubioną kanapą, która jest już zapewne dobrze przez wszystkich rozpoznawana.
Sama stylizacja częściowo nawiązywać miała do jednej z sukienek Alice Liddell z "Alice: Madness Returns" (tak, znowu... niestety nie jestem w stanie nic na to poradzić, ten tytuł będzie powracał tutaj niczym wasz najgorszy koszmar), a mianowicie do Steamdress, którą Alicja nosi podczas wizyty w krainie Szalonego Kapelusznika. Przy czym kładę tutaj spory nacisk na słowo "częściowo", bowiem - za wyjątkiem butów - mój strój w ogóle wspomnianej sukienki nie przypomina. Skojarzenie to wynika jedynie z samego klimatu stylizacji: ciemne kolory, antyczne zegary i dodatki, które sprawiają, że całość wydaje się nieco ciężka. Idealny zestaw na bardzo mroczną popołudniową herbatkę i ujarzmianie mechanicznych czajników.
Głównym elementem przykuwającym wzrok w tej stylizacji jest spódnica Antique Clock od Bodyline (moja recenzja ***klik***). Print, który się na niej znajduje jest moim zdaniem już na tyle strojny, że nigdy nie łączyłam spódnicy z dużą ilością dodatków. Najczęściej nosiłam ją z różnymi czarnymi koszulami i było to zdecydowanie moje ulubione połączenie na co dzień, a samą spódnicę niezmiernie sobie ceniłam i czerpałam nie lada radość z jej posiadania. Niestety nadszedł taki smutny moment, kiedy stwierdziłam, że print tej wielkości, z tak licznymi i rzucającymi się w oczy elementami nie jest już odpowiedni dla takiej staruchy jak ja.
Oczywiście wiek w niczym by nie przeszkadzał, gdybym była niższa i z wyglądu bardziej przypominała słodkie japońskie dziewczątko. Tymczasem w moim przypadku jest zupełnie odwrotnie i wraz z upływem czasu spódnica prezentowała się na mnie coraz bardziej karykaturalnie, zwłaszcza podczas codziennego użytkowania. Decyzja musiała zatem zapaść i Antyczne Zegary zostały sprzedane jakiś czas po wykonaniu zdjęć. Przyznać jednak muszę, że do tej pory czuję z tego powodu ogromny smutek i wręcz poczucie niesprawiedliwości, iż nie należę do tych szczęśliwców, które mogą chodzić w tego typu ubraniach nie zważając na metrykę, ponieważ odznaczają się typowo lolicim wyglądem, którego ja nie posiadam.
Najwyższy czas jednak zakończyć ten wątek zanim przemieni się on w rozprawkę na tematy typowego bólu dupy zdziecinniałego dziewczęcia. Wspominałam o łączeniu spódnicy z różnymi czarnymi koszulami - w zależności od pogody, okazji czy nawet mojego nastroju, jednak najbardziej efektowne zestawienie pozwalała uzyskać szyfonowa koszula marki Gina Tricot. Nie pokazywałam jej do tej pory w oddzielnym poście, ponieważ położona na nawet najładniejszym kwiecistym prześcieradle nie prezentuje się tak dobrze, jak na żywej ludzkiej sylwetce. Wprost uwielbiam jej długie, szerokie przezroczyste rękawy zakończone dopasowanymi mankietami oraz wstążki znajdujące się pod szyją, które można zawiązać na zgrabną kokardę.
Koszula jest jednak całkowicie przezroczysta, idealnie nadaje się więc do noszenia wraz z sukienkami typu JSK, ale stanowi to pewien problem w przypadku łączenia jej ze spódnicami. Na szczęście szybko znalazłam dla tej zagwostki rozwiązanie - postanowiłam podkładać pod spód czarną bawełnianą kamizelkę, którą pokazywałam niedawno w poście o ubraniach off-brand (***klik***). Zarówno koszula jak i kamizelka pojawiły się w mojej szafie mniej więcej w tym samym czasie i od tamtej pory bardzo często noszone były razem, w tej i odwrotnej kombinacji. Materiał kamizelki jest na tyle cienki, że można ją swobodnie nosić pod koszulą, a z zewnątrz całość wygląda bardzo subtelnie. A ponieważ cała stylizacja nawiązywać miała do alicjowych klimatów, nie mogło zabraknąć broszki w kształcie Białego Królika (***klik***), która fantastycznie prezentuje się na tle czarnej koszuli.
We włosy natomiast wpięte zostały dwie spinki "Ornament hairclips" z Restyle. Są one stosunkowo nowym nabytkiem, kupiłam je bowiem na początku stycznia i jeszcze nie zdążyłam napisać ich recenzji. Jednak to nawet lepiej, że w pierwszej kolejności pokazana została stylizacja z ich udziałem, gdyż ukazuje ich główną wadę - bardzo opornie działający zaczep (do czego będę wracać przy właściwej recenzji). Początkowo miałam wręcz problem z przymocowaniem spinek tak, by nie zsuwały się z włosów i musiałam je kilkukrotnie poprawiać w trakcie zdjęć. Ma to dla mnie spore znaczenie, ponieważ kupiłam je przede wszystkim z myślą o mojej grzywce, która stale odrasta i wymaga ujarzmienia. Niestety w czasie wykonania zdjęć grzywka nadal była zbyt krótka by zmyślnie wkomponować w nią spinki, co dodatkowo utrudniały wspomniane zaczepy. Na szczęście od tamtego czasu udało mi się opanować dobrą metodę ich przypinania, a i sama grzywka w tej chwili bardziej się do tego celu nadaje.
Powinnam jeszcze wspomnieć, że do tej stylizacji wykorzystałam małą czarną halkę firmy Top Shop (można ją zobaczyć tutaj ***klik***). Halka jest tiulowa i daje średni efekt, jednak dla mnie jest on wystarczający jeśli chodzi o stroje codzienne, a sama spódnica wygląda zdecydowanie lepiej z taką halką niż całkowicie pozbawiona jakiegokolwiek rusztowania. Kilka osób pytało mnie również w komentarzach, czy do tej konkretnej spódnicy nadaje się niemarkowa, tiulowa halka, myślę więc, że te zdjęcia stanowić będą najlepszą odpowiedź:)
Całości dopełniły czarne rajstopy z delikatnym wzorem w "warkocze" oraz prezentowane w poprzednim poście buty marki Wojas (***klik***). Buty stanowią ten element stylizacji, który bezpośrednio przenosi skojarzenia do wspominanej na samym początku gry "Alice: Madness Returns". To one sprawiają, że strój stał się bardziej surowy i nabrał nieco ciężkości. Podobnymi cechami odznacza się Steamdress, sukienka Alicji, która zgodnie z moimi wcześniejszymi słowami stanowiła główną inspirację dla pokazywanych dzisiaj zdjęć.
Nie wiem czy jest to stylizacja szczególnie godna uwagi. Na pewno jej uwiecznienie na zdjęciach miało duże znaczenie dla mnie, ponieważ korzystałam z tego czy też podobnego pomysłu nie raz na co dzień, ale niestety nie wykazywałam zbyt wielkiej chęci by sfotografować każdorazowe założenie spódnicy Antique Clock i w tej chwili jest to moja jedyna pamiątka po niej. Teraz żałuję, że nie decydowałam się na sesje zdjęciowe z jej udziałem na bieżąco, ale na szczęście wspomnienia potrafią pozostać w pamięci równie żywe co same fotografie.

sobota, 22 lutego 2014

Alice Liddell boots from "Alice: Madness Returns"

Już na wstępie zaznaczę, że nie jest to nabytek stricte cosplay'owy. Nie kupiłam butów w żadnym specjalistycznym sklepie z akcesoriami dla amatorów przebieranek, prawdę mówiąc nawet takich butów nie szukałam. Trafiłam na nie przez przypadek (jak zwykle zresztą), podczas rozglądania się za czymś zupełnie innym, ale gdy już je zobaczyłam w mojej głowie natychmiast pojawiło się to właśnie skojarzenie - buty Alicji z gry Alice Madness Returns.
Buty o podobnym fasonie towarzyszyły głównej bohaterce już od pierwszej części makabrycznych przygód - "American McGee's Alice" z 2000 roku, jednak dopiero spektakularny rozwój grafiki sprawił, że można się było zdecydowanie lepiej przyjrzeć zarówno im jak i całej, niezwykle różnorodnej garderobie Alice Liddell w wydanym 11 lat później sequelu "Alice: Madness Returns". Samą grę uwielbiam i znam niemal na pamięć, dlatego nie mogłam nie zauważyć podobieństwa ze znalezionymi butami, a jest ono doprawdy niezwykłe: czarne kozaki sięgające poniżej kolan, ładnie dopasowane do nóg, na małym, niemal płaskim obcasie, do tego migdałowe noski i pięć ozdobnych pasków ze srebrnymi klamerkami na każdym bucie.
Największą niespodzianką jest jednak informacja, że za produkcję tych wypisz, wymaluj alicjowych bucików odpowiedzialna jest nasza rodzima marka Wojas. Co za tym idzie kozaki nie są wykonane z taniej eko-skóry, której spodziewać się można po typowo cosplay'owym zakupie sprowadzanym z Azji. Są w stu procentach skórzane. Wewnętrzne wykończenie cholewki stanowi gładka skóra naturalna. Buty są dodatkowo ocieplane na całej długości czarnym polarowym materiałem, idealnie nadają się zatem na wczesną wiosnę oraz jesień.
Z zewnątrz natomiast kozaki są od góry do dołu zamszowe. Zawsze uważałam zamsz za bardzo trudny materiał jeśli chodzi o pielęgnację i utrzymanie obuwia w jak najlepszym stanie, dlatego do tej pory nie było w mojej szafie żadnej pary wykonanej z tego rodzaj skóry. Wypadałoby zaopatrzyć się w odpowiednie środki do pielęgnacji zamszu, jak również w specjalną szczoteczkę do "czesania włosków", której - jak łatwo się domyślić - póki co nie posiadam i przyznam szczerze, że trochę mi szkoda wydawać (zapewne niemałe) pieniądze na te wszystkie specyfiki dla jednej pary butów, która będzie mi służyć góra trzy, cztery miesiące w roku (i to na zmianę z innymi). Z drugiej strony jak wiadomo przeraża nas to, co jest nowe i z czym nie mieliśmy do tej pory do czynienia, być może więc źle oceniałam zamsz i pielęgnacja tych butów wcale nie okaże się taka karkołomna. Jak będą się sprawować? Przekonam się już niedługo.
Kozaki mają prosty krój, dzięki czemu bardzo zgrabnie prezentują się na nogach. Nawet jeśli położymy je płasko, bardzo dobrze widać wyprofilowaną łydkę oraz kostkę. Za idealne dopasowanie butów do nóg odpowiadają wspominane już paski z klamerkami oraz zamek błyskawiczny, znajdujący się po ich wewnętrznej stronie. Nie ma moim zdaniem nic gorszego niż luźne cholewki butów wciąganych na nogi, marszczące się na nich przeraźliwie niczym znoszone obuwie pirata. Taki widok odstręczał mnie odkąd tylko pamiętam, dlatego za każdym razem, gdy w grę wchodził zakup wysokich butów wybierałam jedynie te sznurowane i koniecznie z zamkiem błyskawicznym. W tym przypadku niestety trochę przeszkadza mi fakt, iż suwak jest srebrny i rzuca się w oczy na tle ciemnego zamszu, podczas gdy reszta zamka ma kolor czarny. Nie bardzo rozumiem sens takiego dwukolorowego ekspresu, jednak cóż zrobić...
Przyjrzyjmy się teraz samym paskom. Jest ich po pięć na każdym bucie, dokładnie tyle samo co u Alice Liddell. Ich szerokość jedynie ułatwia precyzyjne dopasowanie kozaków - cienkie paski wpijałyby się w materiał tworząc efekt sznurka owiniętego wokół szynki. Paski szerokie trzymają skórę butów w ryzach, a dodatkowo jak wyglądają! Każdy z nich posiada srebrną klamerkę oraz trzy dziurki - mogłoby się wydawać, że to dość mała możliwość regulacji, jednak pamiętajmy, iż obwód cholewki, a tym samym obwód samych pasków, będzie się zwiększał wraz z rozmiarem kozaków. Również nie wszystkie paski są takie same. Buty oplatają dookoła jedynie dwa, tuż przy kostkach oraz jeden przy górnej krawędzi cholewki - dzięki nim buty nie marszczą się i nie odstają w tych najbardziej problematycznych miejscach. Dwa pozostałe przebiegają jedynie w połowie, można je więc swobodnie wyregulować nie zgniatając przy okazji łydek. W taki sposób buty są zarówno pięknie dopasowane, jak i bardzo wygodne.
O wygodzie kozaków stanowi również podeszwa z niskim obcasem. Jest to także kolejne podobieństwo z obuwiem pokazanym w grze. Alicja w Madness Returns biega, skacze, a przede wszystkim walczy z całymi zastępami piekielnych stworzeń, logicznym więc było uzbrojenie jej nie tylko w użyteczne narzędzia kaźni, ale przede wszystkim w wygodne buty. Jednak obuwie na płaskiem podeszwie zazwyczaj kojarzy się niezbyt zgrabnie - w końcu podobno to wysokie obcasy wydłużają i wyszczuplają nogi. W tym jednak przypadku jest inaczej, gdyż obcas - choć niewielki - mimo wszystko lekko unosi pięty, dzięki czemu stopy nie wydają się długie jak przy całkiem płaskich balerinach. Co więcej podeszwy nie są twarde, lecz sprężyste i nie męczą nóg nawet podczas długich wędrówek (lub ucieczki przed hordą potworów z Krainy Czarów).
Podobieństwo do butów z gry jest tutaj zapewne całkowicie przypadkowe, w końcu American McGee nie wymyślił w tej kwestii niczego innowacyjnego - kozaki z klamerkami pojawiały się w przeróżnej formie jeszcze na długo przed narodzinami jego makabrycznej Alicji. Podobieństwo to nie było zresztą głównym powodem, dla którego zdecydowałam się na zakup owych butów, nie potrzeba przecież rekomendacji kolejnej postaci zainspirowanej opowieścią Lewisa Carrolla aby zauważyć, że kozaki same w sobie mają niepowtarzalny, nieco gotycki klimat i dodadzą charakteru każdej stylizacji. Każdej, bo pasują również niemal do wszystkiego - zarówno do spodni, jak i sukienek. Tak jak w "Alice: Madness Returns" Alicja co chwila zmieniała strój, ale buty pozostawały te same i z każdą kolejną kreacją komponowały się znakomicie. Nie zapominajmy także o tym, że są wyjątkowo wygodne przepięknie prezentują się na nogach, a fakt, że wykonane zostały ze skóry naturalnej przez Polską markę tylko dodatkowo cieszy.

środa, 19 lutego 2014

Skeleton in the closet

Jakiś czas temu nawet by mi do głowy nie przyszło, że na tym blogu pojawiać się będzie tyle notek poświęconym elementom garderoby typu off-brand, które zdobyłam w najróżniejszy sposób - w sieciówkach, na aukcjach czy w second handach. A teraz jest ich już tyle, że postanowiłam założyć dla nich odrębną "szufladkę" (***klik***). I oto kolejna off-brandowa notka, a otwiera ją genialny szkieletowy sweter z H&M. Uganiałam się za nim kilka ładnych miesięcy i wreszcie znalazłam. Co jest w nim takiego niezwykłego, skoro za każdym rogiem czai się bluzka z nadrukiem kości? Otóż wydziergany szkielet nie zniszczy się tak szybko jak nadruk, a poza tym ma długie rękawy i jest całkiem ciepły, więc można go spokojnie nosić jako zewnętrzną część stroju w chłodniejsze dni - w przeciwieństwie do T-shirtów. Wbrew pozorom daje również duże możliwości kombinowania i łączenia z innymi ubraniami. Mam na niego nie jeden pomysł, kilka już przetestowałam na uczelni i niedługo uwiecznię je na zdjęciach.
O ile tylko pogoda znów zrobi się nieco bardziej wiosenna. A skoro już o wiośnie mowa, kolejny ciuch, który chciałam dziś pokazać, na wiosnę będzie wprost idealny, choć szczerze mówiąc cały czas nie mam pojęcia co to tak naprawdę jest. Być może wy mi podpowiecie do jakiej kategorii zakwalifikować ten niezwykły nabytek od firmy BAY, bowiem dla mnie wygląda on niczym połączenie płaszcza i sukienki. Nie zmienia to faktu, że gdy tylko go zobaczyłam wiedziałam natychmiast, iż drzemie w nim nie lada potencjał i muszę go mieć. Dla ułatwienia przyjmę na chwilę obecną, ze jest to płaszcz, choć wykonany został z dość cienkiej, lekkiej bawełny i pod tym względem zdecydowanie bardziej przypomina rozpinaną na guziki sukienkę.
Co więcej widać tutaj również pewne nawiązania do wiktoriańskiej koszuli. Zamiast klasycznego kołnierza charakterystycznego dla płaszcza, czy też wycięcia jak w przypadku sukienki, to cudo posiada małą stójkę obszytą delikatną, bawełnianą koronką. Tą samą koronką ozdobiona została linia guzików a także dekolt, pod którym widać dodatkowe zdobienia w postaci małych zakładek. Metalowe, obszyte materiałem guziki są bardzo wygodne w użyciu.
Guziki znajdują się również na mankietach rękawów i nie pełnią tam jedynie funkcji ozdobnej. Jednak same rękawy są dla mnie dość problematyczne - długość 3/4 sprawia, że ubrana pod spód koszula z długim rękawem nie do końca pasuje. Zamiana koszuli na krótki rękaw również nie do końca rozwiązuje problem, ponieważ pozostaje wtedy to zabawne wrażenie gołych rąk nieco poniżej łokcia i nie do końca wiadomo czy tak ma być, czy może jednak nie. Zwłaszcza, gdy się człowiek przyzwyczai do rękawów o dwóch standardowych długościach. Przypuszczam, że w chłodniejsze wiosenne dni będę bezwstydnie chadzać z długim rękawem wystającym spod płaszcza, a później być może znajdzie się jakieś inne rozwiązanie tego problemu.
Guziki na mankietach to nie jedyna typowa dla płaszcza cecha tego niezwykłego elementu garderoby. Drugą są kieszenie. Muszę przyznać, że myśl o posiadaniu sukienki z kieszeniami zawsze bardzo mnie cieszyła, więc teraz mogę uznać, że udało mi się zdobyć godny substytut dla tej fantazji. Zwłaszcza, że kieszenie są zaskakująco pojemne i nawet gdy po prostu trzyma się w nich ręce podczas przechadzki to całość nadal prezentuje się bardzo elegancko.
Elegancja jest zresztą głównym atutem tego "płaszcza". Jest on bardzo zgrabnie skrojony, dopasowany w talii i przyzwoicie rozkloszowany na dole. Dolna krawędź obszyta wyjątkowo szeroką falbaną dodatkowo zwiększa wrażenie "rozkloszowania". Płaszcz posiada również beżową podszewkę z materiału typu mgiełka, z którą połączone są kieszenie. Nie muszę chyba dodawać, że tą unikatową rzecz nosić można na wiele różnych sposobów - jako typowy płaszcz, sukienkę, narzutkę, a delikatny, neutralny kolor pozwala na połączenia z całkiem szeroką paletą innych barw. Za jego sprawą tym bardziej nie mogę doczekać się wiosny.
Zdecydowanie cieplejszych klimatów wymaga natomiast marynarska spódniczka od Atmosphere w przepięknym odcieniu głębokiego, atramentowego granatu. Zakupiona niedawno, ale z myślą o lecie. Uszyta została z bardzo przyjemnej w dotyku bawełny. Jest pięknie rozkloszowana, niemal szyta z koła, bez problemu zmieści więc średnią halkę, która - wraz z większą petticoat od Classical Puppets - nadal stanowi podporę mojej garderoby.
Najwyraźniej coś jest u mnie ostatnio na rzeczy z tymi kieszeniami, gdyż spódniczka również je posiada. Wyjątkowo nie planowałam poszukiwań spódnicy "uzbrojonej" w kieszenie, szczęśliwy traf chciał, że sama mnie znalazła i nie byłam w stanie oprzeć się jej marynarskiemu urokowi.
Spódniczka posiada lekko podwyższoną talię, na której widnieje główna ozdoba - duże, okrągłe militarne guziki. Ich złoty kolor jest bardzo delikatny, przypomina raczej białe złoto niż typowo żółty, tandetny odcień pospolitej biżuterii, co w moich oczach jest sporym atutem. Posiadają również klimatyczny wizerunek herbu. Można stworzyć nie jedną letnią stylizację z tą spódnicą, jednak mnie chodzi po głowie przede wszystkim jeden pomysł na dość zaskakujące połączenie. Minie trochę czasu nim przejdę do realizacji, ale wydaje mi się, że warto będzie czekać.
Zdecydowanie krócej będzie trzeba czekać na stylizację z tą oto ciekawostką od firmy Sorbet. Jest to kolejny mój nabytek z ostatnich miesięcy, który przejawia cechy kilku różnych elementów garderoby. Z jednej bowiem strony materiał jest zdecydowanie typowy dla swetra - wełniany, trochę ciężki i ciepły. I drugiej - posiada bardzo charakterystyczny krój przywodzący na myśl sukienkę na ramiączkach. Zapinany jest natomiast jedynie na dwa guziki, co mnie osobiście kojarzy się z tuniką. Jedynym nieciekawym elementem są plastikowe koła wkomponowane w ramiączka. Są bardzo ciężkie, dlatego mam zamiar je wypruć, co pozwoli również na skrócenie długości samych ramiączek i "sweter" będzie gotowy do noszenia.
Wobec następnej rzeczy nie ma z kolei żadnych wątpliwości do jakiej szufladki ją zakwalifikować. Jest to piękna czarna sukienka od Atmosphere. Większość moich "nie lolicich" sukienek pochodzi właśnie od Atmosphere, trzeba przyznać, że jak na sieciówkę mają dryg do produkowania ładnych rzeczy. Sukienka ta ma bardzo prosty krój i jest umiarkowanie rozkloszowana, ale mimo to wyjątkowo ładnie się układa. Dodatkowo materiał jest lekko elastyczny, dzięki czemu idealnie dopasowuje się do sylwetki. Jej jedyną ozdobą jest duża kokarda umieszczona w talii. Sukienka jest klasyczna i elegancka, nadaje się zarówno jako baza dla skromnych, codziennych strojów, jak i wyszukanych stylizacji.
Zdobyczą w równie klasycznym, eleganckim klimacie jest ten oto cardigan od firmy Dunnes. Bardzo cienki, delikatny sweterek w kolorze kości słoniowej z czarnym wzorem polka dot. Do tego czarne wykończenia, małe emaliowane guziki oraz kieszonki z drobnymi kokardkami - czy może być coś bardziej uroczego i eleganckiego zarazem? Świetny dodatek do wielu kreacji.
"Megan baseball jacket" od Gina Tricot to zdecydowanie bardziej konkretny przykład zewnętrznej części garderoby. Muszę przyznać, że do zakupu bluzy typu baseballówka zainspirowała mnie jedna z lalek Monstr High - Operetta w wersji Picture Day (***klik***). Bardzo podoba mi się pomysł na połączenie tej bluzy z wiosenną czerwoną sukienką. Zresztą sposobów na noszenie baseballówki nie brakuje, moją głowę zaprząta nie jeden pomysł, ale jest wśród nich jedna kreacja, której wyjątkowo nie mogę się doczekać. Trzeba się jednak będzie ponownie uzbroić w cierpliwość i pozwolić wiośnie rozkwitnąć na dobre.
Ostatnim z najnowszych nabytków w mojej szafie jest czarna bluzka typu mgiełka, ponownie od Atmosphere. Nie jest to jednak dla mnie zupełnie nowa rzecz, ponieważ od jakiegoś czasu jestem już w posiadaniu jej bliźniaczki w kolorze białym (którą użyłam miedzy innymi w tej stylizacji ***klik***). Bluzki są bardzo wygodne, świetnie sprawdzają się zwłaszcza latem i posiadają wiele uroczych detali, jak rękawy "motylki" czy wiązanie na kokardę pod dekoltem. Z powodzeniem nadają się również jako zamiennik standardowej koszuli pod JSK.
Długi czarny sweter wykonany z grubej, ciężkiej i bardzo ciepłej wełny nie jest jednym z najświeższych zakupów - zdobyłam go jeszcze jesienią, gdy doszłam do wniosku, że nie mam ani jednego swetra na prawdziwe mrozy w jakże uniwersalnym kolorze głębokiej czerni, z którą przecież przepraszam się co rok na zimę. Nie szukałam zresztą niczego niezwykłego, sweter miał być po prostu ciepły i czarny, to były jedyne kryteria, które musiał spełniać mój zakup i sądziłam, że będzie to raczej zwykły nudny element zimowej garderoby. Tymczasem trafiłam na ten oto egzemplarz, który nie dość, że sam w sobie wygląda genialnie, to jeszcze fabrycznie dołączony był do niego fantastyczny pasek z ćwiekami. Sweter i pasek nosić można tak razem jak i osobno, co pozwala na niemal nieskończoną ilość możliwości. Są po prostu genialne.
Ostatnią rzeczą, którą chciałam dziś pokazać jest ta oto kamizelka. Ona również nie została kupiona w ostatnim czasie. Jest ze mną już półtora roku, jednak do tej pory nie przyszło mi do głowy aby pokazać ją na blogu, choć bardzo ją lubię i często z niej korzystam. Ma nietypowy i godny uwagi krój, a jej dopasowanie sprawia, że prezentuje się na sylwetce niemal jak gorset. W dodatku można się naprawdę zdziwić jak wiele zastosowań znalazła podczas komponowania kreacji. Będę miała zresztą szansę udowodnić prawdziwość tych słów, ponieważ wreszcie udało mi się uwiecznić na zdjęciach kilka moich ulubionych stylizacji z udziałem tej kamizelki i wkrótce je tutaj zamieszczę. Jest to główny powód prezentacji samej kamizelki, ponieważ będę do niej jeszcze nie raz wracać i zdecydowanie zasługuje ona na swoje pięć minut.

czwartek, 13 lutego 2014

Teczka Restyle "haftowane róże" po roku użytkowania

Recenzja tuż po zakupie do przeczytania ***TUTAJ***
Moja sesja zimowa szczęśliwie dobiegła końca i teraz nareszcie mogę cieszyć się chwilowym odpoczynkiem nim rozpocznę kolejny semestr nauki. Czasu na odpoczynek nie jest może zbyt wiele, ale z drugiej strony jest go wystarczająco aby nadrobić wszelkie zaległości związane z moją nieobecnością tutaj, spowodowaną końcowymi zaliczeniami semestralnymi i samą sesją. Zaległości te dotyczą również pisania samych notek, a przyznać muszę, że jest o czym pisać.
Zanim jednak przejdę do nowości, chciałam poświęcić odrobinę uwagi pewnej rzeczy, która jest ze mną już dokładnie od roku, a mianowicie różanej teczce z Restyle. Zakupiłam ją pod koniec zeszłorocznej sesji, z okazji zdania wszystkich egzaminów. Recenzja torebki (***klik***) pojawiła się tutaj na świeżo po zakupie i przedstawiała to, co w rzeczywistości oferuje sklep. Teraz postanowiłam pokazać jak torebka się miewa po roku użytkowania, a zaznaczyć trzeba, że było to użytkowanie bardzo intensywne. Jest to pierwsza notka będąca powrotem do rzeczy wcześniej recenzowanej - od tej pory takie powroty staną się nieodłączną częścią tego bloga.
Jak już wspomniałam teczka używana była przeze mnie bardzo intensywnie. Przez pewien czas była to jedyna moja torebka mieszcząca format A4 i stała się główną "torbą szkolną". Jest bardzo pakowna, mieściłam w niej wszystkie rzeczy, które potrzebne mi były na uczelni, łącznie z fartuchem, choć często wypchana była przez to po brzegi. Narażona była również na wszelkiego rodzaju warunki atmosferyczne, czy też starcia z przeróżnymi powierzchniami.
Muszę przyznać, że nie sądziłam iż teczka wytrzyma tyle czasu. A ona nie dość, że przeżyła ciężki rok w jednym kawałku, ale nadal świetnie się trzyma. Spójrzmy w pierwszej kolejności na ozdobny haft na aksamitnej klapie torebki. Nie znalazłam na nim wielu wystających nitek tuż po zakupie, ale mimo to bałam się, że jeśli zdarzy mi się nieszczęśliwie o coś nim zahaczyć to całość zacznie się pruć. Tymczasem cały haft wygląda właściwie tak samo jak zaraz po zakupie, choć nie raz torebka przeciskała się wraz ze mną przez zatłoczone korytarze, ulice czy przystanki autobusowe. Może być ewentualnie trochę przybrudzony, ale osobiście nie widzę szczególnej różnicy gdy patrzę na zdjęcia z pierwszej recenzji. Nadal wygląda przepięknie.
Są jednak pewne detale, które świadczą w sposób widoczny o częstym używaniu teczki. Na jednej z dolnych krawędzi pomiędzy ściankami pojawiło się zarysowanie - niby niewielkie, ale na tyle głębokie aby można było je zaklasyfikować jako wyszczerbienie w eko-skórze. Nie mam pojęcia w jaki sposób powstało, zauważyłam je miesiąc temu, ale przypuszczam, że mogło się tam pojawić znacznie wcześniej. Nie jest to jednak część torebki, której na co dzień często się przyglądam, ale dzięki temu przynajmniej mam pewność, ze rysa ogólnie nie rzuca się w oczy i nie szpeci torebki. Warto też dodać, że jest to jedyny taki uszczerbek na całej powierzchni teczki, a zatem nie można zaprzeczyć, że eko-skóra z Restyle, przynajmniej w tej partii torebek, z której pochodzi mój egzemplarz, jest całkiem wytrzymała.
Kolejnym drobiazgiem, który świadczy o częstym korzystaniu z różanej teczki są magnetyczne zapięcia pasków. Bardzo często zdarzało się, że w pośpiechu zapinałam torebkę jedynie na zamek błyskawiczny, a paski z klamerkami bezwładnie opadały i części magnetycznych zatrzasków uderzały o siebie. W ten sposób powstały na nich liczne zarysowania. Moim zdaniem nie jest to uszczerbek, którego można uniknąć podczas użytkowania i osobiście zupełnie mi nie przeszkadza. Tym bardziej, że jeśli nie przyjrzymy się zapięciom z bliska, nawet owych rys nie zauważymy. A póki zapięcia wraz z paskami trzymają się na miejscu jest ok.
Spód torby, choć nadal zagina się do wewnątrz gdy środek nie jest niczym zapełniony, nie nosi żadnych śladów "walki" z codziennością. Eko-skóra wygląda praktycznie jak nowa, również na pozostałych ściankach. Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona wytrzymałością materiału.
Uchwyt umocowany na górnej części klapy nadal trzyma się na swoim miejscu. Całość wykonano z aksamitnego materiału, połączonego z klapą za pomocą metalowych elementów i istniała obawa, że w trakcie użytkowania coś się w tej konstrukcji urwie. Na szczęście takie obawy okazały się bezpodstawne. Co prawda przez większość czasu nosiłam torbę za pomocą paska, ale uchwyt również kilka razy się przydał i nie zauważyłam do tej pory żadnych oznak przecierania się materiału, które groziłyby jego urwaniem.
Zauważyłam natomiast coś innego - okazało się, że "aksamit" po wewnętrznej części uchwytu bardzo się przeciera. Jak pisałam, nosiłam czasem teczkę za jego pomocą, ale mimo wszystko nie zdarzało się to aż tak często, by powstały w tym miejscu tak poważne przetarcia. Na szczęście materiał przetarł się tylko po wewnętrznej stronie, która podczas codziennego użytkowania jest zupełnie niewidoczna. Wycieraniu aksamitu pomaga zresztą fakt, że uchwyt wygięty jest w łuk i w tym miejscu przypada największa powierzchnia styku z dłonią. Dopóki przetarcia nie pojawią się na wierzchniej części uchwytu nie będę narzekać.
Poza samym uchwytem, przetarcia pojawiły się również na krawędzi elementu, za pomocą którego rączka przymocowana jest do klapy oraz na wykończeniu zamka błyskawicznego. Jak na razie są one minimalne, ale zapewne z czasem będą się powiększały.
Natomiast na "aksamitnych" elementach mocujących pasek po bokach samej torebki nie widać ani śladu przetarć. Trzymają się lepiej niż mocowanie górnego uchwytu i nie ma obaw, że tak one jak i sam pasek mogłoby nie wytrzymać pod ciężarem zapakowanej po brzegi torebki.
Od czasu do czasu pojawiają się kolejne niesforne, strzępiące się nitki, jednak żaden ze szwów nie zaczął póki co puszczać, więc jedyne co mi pozostaje to cierpliwe wycinanie "buntowników" z nadzieją, że nic się po drodze nie rozleci. Jak widać zewnętrzne oznaki użytkowania torebki są drobne i w zasadzie całkiem nieszkodliwe. Jednak wystarczy zajrzeć do środka...
...aby przekonać się, że podszewka nie wytrzymała niestety próby czasu. Nic jednak dziwnego, skoro do torebki trafiało mnóstwo książek i zeszytów, a także kserowanych skryptów z plastikowym bindowaniem, które chyba najbardziej przyczyniły się do jej obecnego wyglądu. Co ciekawe jednak nie zauważyłam rozdarć podszewki od razu, dopiero w ostatnim tygodniu zajęć, gdy przed wejściem do sali nie mogłam znaleźć długopisu. Podczas poszukiwać najpierw natrafiłam na tą małą dziurę tuż przy sklepowej metce wszytej w podszewkę.
Ale dopiero po drugiej stronie trafiłam na prawdziwego potwora, który zjadł mój długopis. Olbrzymie rozdarcie przy górnej krawędzi torebki, musiało powstać jeszcze tego samego dnia, skoro wcześniej go nie zauważyłam podczas pakowania torby w domu. Byłam trochę zdziwiona, że książka czy zeszyt (a nawet skrypt z bindowaniem) są w stanie dokonać tak poważnego uszkodzenia podszewki, a żadnych innych ostrych narzędzi zdolnych do wyrządzenia takich szkód w torebkach nie noszę. A jednak jak widać coś musiało zahaczyć o szwy i przy pospiesznym wyciąganiu rzeczy na zajęciach nie zauważyłam tego, przyczyniając się do szkody.
A propos niebezpiecznych narzędzi - fakt, noszę przy sobie klucze, które byłyby najrozsądniejszym wytłumaczeniem takiego stanu podszewki. Byłyby, gdyby nie fakt, ze zawsze wrzucam je do oddzielnej kieszonki, by później nie szukać ich pośród innych rzeczy, a owa kieszonka oparła się ostrym krawędziom kluczy i nie ma na niej najmniejszego rozdarcia.
Podszewka ogólnie nie jest moim zdaniem rewelacyjnej jakości, śliska tkanina w prążek od początku nie wydawała mi się najlepszym materiałem do tego zadania, ale w tym jednym miejscu musiała być dodatkowo słabiej zszyta. Dziura w podszewce pozwoliła mi jednak odkryć jeszcze jedną rzecz - usztywnienie torebki (czymkolwiek ono jest...) zaczyna pękać w miejscu, gdzie przyszyto uchwyty przytrzymujące pasek. Jakie będzie to miało skutki dla samej torebki - na razie mogę sobie jedynie wyobrażać. I choć póki co nic poważniejszego się w tej kwestii nie dzieje i nie zauważyłam żadnych zmian na zewnątrz torebki, postanowiłam pomyśleć nad jakimś sposobem zabezpieczenia tych pęknięć zanim zaszyję dziury w podszewce.
W przypadku torebki z różami uzbierało się trochę uszkodzeń, jednak moim zdaniem jak na produkt z Restyle, który używany był przeze mnie niemal bez przerwy przez cały rok to całkiem dobre podsumowanie. Teczka okazała się odporna na większość nieprzyjaznych czynników, a najpoważniejsze uszczerbki powstały dopiero niedawno. A jak mają się jej zmienniczki?
W drugiej kolejności zakupiłam teczkę z haftowaną bramą na aksamitnym tle (***klik***). Nie była ona używana przeze mnie tak długo i tak intensywnie jak torebka z różami, chodziłam z nią na uczelnię głównie zimą, ponieważ bardzo pasuje mi wizualnie do zimowego klimatu. Nie zmienia to jednak faktu, że funkcjonowała w takich samych warunkach co poprzedniczka i haft w jej przypadku również nadal wygląda idealnie, żadnych uszkodzeń czy wystających nitek.
Na uchwycie u góry klapy torebki częściowo puścił szew. Na chwilę obecną zaszyłam go ręcznie najlepiej jak umiałam i mam nadzieję, że nie będzie pruł się dalej.
Niestety w przeciwieństwie do teczki z różami, szwy od jednego z uchwytów mocujące pasek delikatnie się poluzowały. Ponieważ jest to miejsce połączenia "aksamitu" z eko-skórą niewiele mogę zdziałać z igłą i nitką, czy nawet z maszyną do szycia - żaden ze mnie szewc. Mogę mieć tylko nadzieję, że uchwyt nie urwie się całkiem i pamiętać o mniejszym obciążaniu torebki.
Jeśli natomiast chodzi o podobieństwa, zauważyłam drobne odbarwienie niemal w tym samym miejscu co zadrapanie na różanej torebce. Odbarwienie szybko okazało się być pozostałością po bliskim spotkaniu teczki z uniwersytecką ścianą i na szczęście dało się łatwo zmyć.
Pozostałe ścianki torebki, razem ze spodem, wyglądają na nienaruszone.
Podobnie jak i podszewka, która wykonana została z zupełnie innego materiału, niż ta w różanej teczce i mam nadzieję, że wróży jej to o wiele większą trwałość.
Trzecią w kolejności i jak dotąd ostatnią teczką z Restyle w mojej kolekcji jest steampunkowa torebka z wyhaftowaną mapą Karaibów (***klik***). Jak wspominałam w pierwszej recenzji, otrzymałam egzemplarz z wadą - haft był częściowo uszkodzony, jednak było to wybrakowanie na tyle małe, że nie zauważyłam go od razu, a dopiero po odcięciu sklepowej metki i możliwość reklamacji towaru bezpowrotnie w tym momencie przepadła. Jednak zabezpieczyłam miejsca, w których nitka była zerwana brązowym lakierem do paznokci i jak na razie żadna inna część haftu się nie pruje, a miejsce mojej ingerencji jest praktycznie niewidoczne.
Teczka nie ma żadnych aksamitnych elementów, została w całości wykonana z eko-skóry, więc nie ma obawy, że jakiś element zacznie się przecierać, jak na przykład górny uchwyt torebki.
Wszystkie "skórzane" ścianki, łącznie ze spodem torebki oraz elementami, do których przymocowany jest pasek, cały czas wyglądają idealnie i nie ma na nich ani jednej rysy.
Podszewka wykonana została z tego samego materiału, co ta widniejąca w teczce z białą bramą i podobnie jak ona nie wykazuje na razie żadnym symptomów uszkodzenia. Oby tak dalej.
Jedyną lekko niepokojąca rzeczą, jaką udało mi się zaobserwować jest poluzowany szew mocujący klapę torebki do jej tylnej ścianki. Od razu widać, czemu nie dopatrzyłam się podobnego uszkodzenia w pozostałych dwóch torebkach - ich aksamitne klapy zostały wszyte pomiędzy dwie warstwy eko-skóry, podczas gdy "skórzana" klapa teczki z mapą jest bezpośrednio przyszyta do tylnej ścianki, a co za tym idzie trochę słabiej zabezpieczona. Na szczęście poluzowanie jest niewielkie i myślę, że nie stanowi dużego zagrożenia dla żywotności torebki, przynajmniej nie w najbliższym czasie.
Pisałam to zdanie chyba przy okazji recenzji każdej torby zakupionej w Restyle i powtórzę je raz jeszcze: teczki są prawdopodobnie jedynym rodzajem torebki, który udał się im niemal w stu procentach. Mimo pewnych drobnych wad, które widoczne były zaraz po zakupie lub ujawniały się dopiero w trakcie użytkowania, wszystkie moje teczki trzymają się jak dotąd znakomicie, jestem z nich bardzo zadowolona i jednocześnie przekonana, że jeszcze trochę mi posłużą. Jeśli chodzi o teczki z Restyle to mogę je każdemu z czystym sumieniem polecić.