wtorek, 3 września 2013

Amy Sorel Fanart

 Mimo tego, że mam jeszcze w zanadrzu kilka wakacyjnych stylizacji, postanowiłam znów zrobić małą przerwę w kontynuowaniu tego tematu. Wczoraj bowiem dokończyłam kolejny rysunek i choć tytuł głosi, że jest to fanart Amy Sorel powinnam go raczej nazwać  Fanart Fail, gdyż nie jestem z niego zadowolona. Nie pierwszy raz zresztą próbuję zrobić ładny rysunek Amy, postacią z gry Soul Calibur i nie pierwszy raz ponoszę porażkę. Wcześniejsza próba (***klik***) zakończyła się jedynie na linearcie. Tym razem chciałam narysować coś bardziej statycznego, prostszego, co jednocześnie stanowiłoby bazę pod pierwsze użycie copiców.
Markerów Copic mam na razie zaledwie kilkanaście sztuk, ponieważ od jakiegoś czasu zbieram je bardzo stopniowo, kupując co miesiąc dwa czy trzy nowe kolory. Nie oznacza to rzecz jasna, że zamierzam porzucić kredki. W kolorowanie kredkami włożyłam już bardzo wiele pracy oraz serca i nigdy się od nich nie odwrócę, jednak wykonywanie prac za ich pomocą zajmuje mi nadal zbyt wiele czasu. Nie każda praca natomiast musi być wykonywana tak długo i z takim oddaniem. Niektóre, zwłaszcza te o luźniejszej tematyce, chciałabym wykonywać szybko, nie tracąc jednocześnie możliwości dobrego pokolorowania. Kolorowanie na komputerze nie wchodzi natomiast w grę. Dlatego zaczęłam się rozglądać za innym tradycyjnym medium.
Mój wybór padł ostatecznie na markery copic, gdyż teoretycznie pracuje się za ich pomocą podobnie jak w przypadku kredek (chodzi mi tutaj o różnicę między kredkami/markerami a farbami na przykład - nie trzeba dodatkowo używać wody, markery i kredki są podobnie trzymane w dłoni itd.). W praktyce natomiast markery powinny dawać nieco więcej możliwości. Powinny, bowiem co można zrobić mając jedynie tych kilkanaście sztuk na początek? Osoba z odpowiednimi umiejętnościami jest w stanie stworzyć świetną pracę za pomocą zaledwie dwóch markerów, ale ja - jak wiadomo - tych umiejętności jeszcze nie posiadam:D Kiedyś jednak trzeba spróbować, a żeby spróbować trzeba mieć co kolorować.
I tak zrodził się pomysł, żeby zrobić bardzo szybki portret Amy Sorel, bez tła, jedynie z zamykającą całość ramką. A ponieważ mam taki zabawny nawyk, polegający na tym, że lubię fotografować różne etapy pracy nad rysunkiem, można (chyba po raz pierwszy) zobaczyć tworzenie szkiców przez Silmeven od kuchni. Jak widać nie ryzuję z tzw. "szkieletu", co tłumaczy dlaczego moje rysunki nie są anatomicznie idealne. I nigdy nie będą, chyba, że po kolejnych wielu latach szkicowania tak świetnie wyrobi mi się ręka i oko, ponieważ "ze szkieletu" rysować nie będę nigdy. Lubię tworzyć całą postać od razu, najpierw szkicując bardzo delikatną, rwaną wręcz linią, którą w razie czego będzie można łatwo zetrzeć gumką, a następnie dopiero poprawiam ją mocniej ołówkiem.
Kolejnym etapem jest rzecz jasna poprawianie wszystkich ołówkowych linii czarnym pisakiem i w ten oto sposób powstaje lineart. Oczywiście etap ten można rozpocząć dopiero, gdy uznamy, że wszystkie elementy rysunku są już na miejscu i wyglądają dobrze. Tak mi się też wówczas wydawało - byłam zadowolona ze szkicu, choć różana ramka dała mi w kość i nadal nie była idealnie symetryczna, ale ja nie uznaję czegoś takiego jak symetria w rysunku (nawet żywy człowiek nie jest w stu procentach wizualnie symetryczny), więc postanowiłam zostawić ją już w spokoju. Byłam również całkiem zadowolona po wykonaniu lineartu. 
I z tym właśnie zadowoleniem zabrałam się za kolorowanie całości copicami. Przy tak niewielkiej liczbie markerow musiałam naprawdę improwizować z mieszaniem poszczególnych kolorów, aby przynajmniej częściowo zgadzały się one z wyglądem oryginalnej postaci. Po pokolorowaniu charakterystycznej fryzury dziewczyny jedynie trzema różnymi kolorami byłam tak wniebowzięta zarówno szybkością pracy jak i samymi jej efektami, że już kompletnie bez żadnych obaw i zahamowań zabrałam się za całą resztę rysunku.
Moja zdecydowanie nadmierna ekscytacja i chęć jak najszybszego przetestowania markerów sprawiła, że przeoczyłam jednak kilka nieścisłości, które pojawiły się już na etapie szkicu. Niestety dopiero po skończonej pracy i odłożeniu reszty copików na miejsce stwierdziłam, że coś jest jednak nie tak. Rysunek, który wcześniej był moim zdaniem całkiem udany wydał mi się nagle wyjątkowo nieproporcjonalny (a gdy ja zaczynam już zauważać aż tak rażącą dysproporcje to znaczy, że jest naprawdę źle).
Doszłam do wniosku, że najgorzej wyszło kolorowanie skóry (co jest niezwykle bolesne, gdyż w przypadku kredek skórę opanowałam już w bardzo zadowalającym stopniu). Zwłaszcza twarz po nałożeniu koloru nabrała zupełnie innego wyrazu niż przedstawiał to szkic czy nawet lineart i zupełnie przestała mi się podobać. Mimo wszystko postanowiłam zeskanować całość, już ze znacznie mniejszym entuzjazmem. Niestety tylko pogorszyło to mój odbiór całego rysunku - skan wyszedł potwornie (jeśli ktoś jest na tyle odważny to zapraszam tutaj ***klik***)!
Skanery to ogólnie złośliwe bestie, jednak byłam przekonana, że skanowanie w przypadku markerów wyjdzie zdecydowanie lepiej niż zazwyczaj bywało to z kredkami. Tymczasem okazało się, że wyszło zupełnie odwrotnie! Mój skaner kompletnie zjadł całe cieniowanie z włosów oraz fiolet z całego stroju! Najbardziej żałośnie wyglądają niestety te nieszczęsne włosy, z których na samym początku byłam tak zadowolona... Na skanie są niemal jednolicie czerwone, jakbym pokolorowała je jednym markerem w ogóle się nie przykładając...
Co więcej ani ponowne kilkukrotne próby skanowania rysunku ani nawet bardzo desperackie już próby poprawienia kolorów w prostym programie, którego zazwyczaj używam do regulacji natężenia kolorów na zdjęciach kompletnie nic nie dały. W tym drugim przypadku nawet pogorszyłam tylko sprawę, więc wolałam już zostawić ten nieszczęsny skan takim, jaki jest. I o ile nadal uważam, że rysunek niestety ogólnie mi nie wyszedł, zaczynając od samego szkicu a na kolorowaniu skóry skończywszy, to jednak przynajmniej na papierze widać, że się naprawdę starałam. A skan... Skan zniszczył kompletnie wszystko...
  Na oryginalnym rysunku ze wszystkiego najbardziej podoba mi się sposób, w jaki pokolorowałam fryzurę (dlatego płakać mi się chcę, gdy patrzę na ten przebrzydły skan...) oraz fioletowy strój Amy. Bardzo fajnie wyszły również czerwone róże widniejące przy ramce. Chciałam, aby cała ramka wyglądała niczym kolorowe szkło z witrażu i chyba tylko róże spełniły to oczekiwanie. A kolorowałam je jedynie za pomocą dwóch odcieni czerwieni. Jak widać mniej znaczy więcej. Ogólnie kolorowanie copicami jest niezwykle przyjemne i bardzo bym chciała nadal stopniowo zbierać coraz większą liczbę kolorów i równie stopniowo ćwiczyć posługiwanie się nimi, jednak to co mój skaner zrobił z tym rysunkiem naprawdę mnie przeraża...
 Jeśli nie będę miała możliwości dobrego zeskanowania pracy wykonanej markerami to nie wiem czy jest sens się nimi posługiwać. Poza tym dochodzi tutaj również mój brak umiejętności, których niedługo nie będę miała kiedy ćwiczyć, bo zacznie się rok akademicki i znów będzie mnóstwo nauki. Może powinnam sobie jednak dać spokój z nowościami i dalej robić za pomocą kredek jedną pracę na pół roku? Jednak z drugiej strony ja bardzo lubię bawić się nowościami, a nie lubię się tak łatwo poddawać i jak wiadomo jestem też wyjątkowo uparta, więc obawiam się, że prędko nie odpuszczę, nawet (a raczej tym bardziej) po pierwszej porażce.
 Gdy patrzę na dwie prace, które udało mi się ukończyć w ostatnim czasie, czyli dzisiejszą Amy i Frozen Forest (***klik***), odnoszę dziwne wrażenie, że jestem ofiarą rysunkowej schizofrenii. Praca po lewej stronie prezentuje całkiem niezły poziom, widać, że twórca ma już za sobą jakiś czas praktyki, tymczasem praca po stronie prawej to poziom przedszkola. A obie są efektem działania tylko jednej i tej samej pary rąk. Oczywiście, nic dziwnego, że praca wykonana kredkami jest lepsza, skoro mam 120 kolorów kredek i pracuję z nimi od jakiś 10 lat (nie mówię o tym samym komplecie rzecz jasna...), a copiców posiadam w tej chwili ledwo kilkanaście sztuk i jest to dla mnie kompletnie nowe medium.
Ale z drugiej strony niepokojąca rzecz dzieje się również z moją kreską, z samym moim stylem rysowania. Jest (nadal!) zdecydowanie niewyćwiczony, aż mam wrażenie, że się ostatnio cofam. A pozostał mi już tylko miesiąc wakacji, później znów nie będzie na nic czasu i moje rysunkowe umiejętności cofną się jeszcze bardziej... Nie mogę na to pozwolić, dlatego przez najbliższy miesiąc chcę się niemal całkowicie poświęcić wykonywaniu samych szkiców ćwiczeniowych, których do tej pory nie robiłam praktycznie wcale. W międzyczasie będą się oczywiście pojawiać na blogu i inne rzeczy, reszta wakacyjnych stylizacji, nowe ciuchy, lalki, figurki, ale już nie z taką częstotliwością jak ostatnio. A jeśli okaże się, że jednak moje obecne wrażenie jest błędne i nie cofnęłam się aż tak bardzo to być może powróci również i temat rysunków.

6 komentarzy:

  1. Wow, ładnie. Ja tak dobrze rysować cieni nie umiem.
    P.s
    Nominowałam cię do nagrody LBA. Więcej informacji na moim blogu: tengoku-no-tegami.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za tą nominację, ale szczerze mówiąc nie wiem czy wezmę w tym udział^^' Ogólnie nie robię tego typu rzeczy, poza tym mnie nie zależy na popularności, więc chyba jednak podziękuję^^'

      Usuń
  2. Podobają mi się Twoje prace i naprawdę cieszy mnie, że jesteś tak uzdolniona :D Ja rysowanie porzuciłam lata temu (w sumie można powiedzieć, że zabiłam swoją pasję z dzieciństwa, bo ciągle byłam niezadowolona ze swoich rysunków). Co jakiś czas zerkam na Twoje prace i powiem Ci szczerze, że korci mnie, aby złapać w ręce ołówek i zacząć wszystko od nowa (masz moc motywowania nie tylko w kategorii stylizacji! :) ).
    Mam tylko jedną uwagę: zdecydowanie chętniej oglądam rysunki przedstawiające Twój wewnętrzny świat, Twoje marzenia (np. Frozen Forset - genialne!). To coś naprawdę magicznego i niepokojącego - liczę na to, że pojawi się ich więcej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za pocieszenie Szczurciu (chociaż motywacja w kwestii stylizacji raczej ze mnie żadna><). Ta dzisiejsza praca nie podoba mi się tak strasznie, że aż zaczęłam wątpić w jakiekolwiek moje zdolności...

      Ogólnie fanarty robię rzadko, zazwyczaj czy złapie mnie artblock lub gdy chcę coś narysować szybko, jak w tym przypadku. Ale jak wiadomo najlepsza zabawa jest z rysowaniem własnych postaci i pomysłów, jednak wtedy z kolei chwyta mnie w swoje szpony taki perfekcjonizm, że tworzenie jednej pracy trwa w nieskończoność... Ale sama też mam nadzieję, że do końca miesiąca narysuję jeszcze coś własnego, godnego uwagi. Jak również, że i Ty powrócisz do rysowania:)

      Usuń
  3. co?! praca po prawej wygląda z przedszkola??! Tym razem za niską dałaś ocene, jak większość nastolatków tak nie potrafi rysować, jedynie ci z talentem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może gdybym była jedną z tych utalentowanych nastolatek byłabym z tej pracy zadowolona:) Ale ja jestem już stara i jak na swój wiek powinnam rysować lepiej. Niestety, mam za mało czasu, aby ćwiczyć rysowanie.

      Usuń