niedziela, 21 lipca 2013

Child in time

Po bardzo długim zastanawianiu się nad tym pomysłem postanowiłam w końcu pozwolić sobie na nieco większą dozę internetowego ekshibicjonizmu i napisać post typu timeline (czy jakkolwiek to się fachowo zwie). Będzie więc o tym jak Silmeven wyglądała w czasach prehistorycznych i co zaprowadziło ją na ścieżkę mody alternatywnej. Post będzie niestety długi, głównie ze względu na zdjęcia a po trosze również przez mój wyszukany słowotok. Mam nadzieję, że da się to jakoś wytrzymać^^'
Jak wiadomo w pierwszych latach życia za wygląd małego człowieka odpowiadają przede wszystkim rodzica, a w moim przypadku była to przede wszystkim mama (to ta bardzo ładna Pani, która na pierwszym zdjęciu wygląda jak Jackie Kennedy). To ona wszystko wybierała, począwszy od oldschoolowego wózka, który dziś kojarzy mi się z klimatem rodziny Addamsów, po wszystkie sukienki, buty a nawet pierwszy bonnet (niestety słabo widoczny na zdjęciu).
I tak jak moja mama zaszczepiła mi od najmłodszych lat zamiłowanie do bardzo dziewczęcych strojów, tak mój tata (to ten Pan z wąsami a'la Freddie Mercury) odpowiedzialny był za moje zamiłowanie do mało dziewczęcych zabaw, czasem wręcz ekstremalnych, jak na powyższym zdjęciu. Sukienki jednak nigdy mi w zabawie nie przeszkadzały i tym sposobem wyrastała ze mnie taka właśnie dziewczęco ubrana chłopczyca.
Trudno uwierzyć, że miałam kiedyś takie jasne włosy.
Jedynie gdy nadchodziły chłodniejsze pory roku trzeba było zamienić sukienki na spodnie i puchową kurtkę. Ubiór zimowy od zawsze zresztą stanowił dla mnie pewien problem, bo ciężko było połączyć dziewczęcy wygląd z odpowiednią ochroną przed zimnem, ale do tego jeszcze (niestety) powrócę. Jak jednak widać na powyższym zdjęciu w tamtych czasach w ogóle mi to nie przeszkadzało, bo dziecko zdecydowanie przedkłada dobrą zabawę nad wygląd.
W szkole podstawowej niewiele się zmieniło, nadał byłam bardzo żywiołową małą chłopczycą, która skakała z rozbujanych huśtawek, wisiała na trzepakach i nauczyła się chodzić po drzewach, z czego była bardzo dumna i której nadal w ogóle nie przeszkadzały w tym wszystkim sukienki. Natomiast dość zabawnym szczegółem ze zdjęć z tamtych czasów są notorycznie noszone przeze mnie latem skarpetki do sandałów:q
Z tego okresu mam również zdjęcie z Majką Jeżowską. Musiałam być w tamtej chwili taka szczęśliwa, jakbym się obecnie z całym Rammsteinem sfotografowała. Majka Jeżowska była w czasach mojego dzieciństwa gwiazdą piosenki dla dzieci i moim zdaniem przyczyniła się również do mojego zamiłowania do mody alternatywnej. Mój podziw dla jej strojów scenicznych był ogromny - nosiła rozkloszowane, tiulowe spódnice, wzorzyste rajstopy, czy wielkie kapelusze. Wtedy jeszcze tak o tym nie myślałam, ale bez wątpienia miało to na mnie swój wpływ i zaszczepiło pewną sympatię do nietypowych ubrań.
Jakoś w połowie podstawówki zamieniłam uczesanie i nieodłączny do tej pory koński ogon zastąpiony został przez rozpuszczone włosy ozdobione opaską, koniecznie z motywem kwiatowym. Również jednoczęściowe sukienki były stopniowo wypierane przez koszule z kołnierzykami i sukienki na ramiączkach lub spódnice. Niestety skarpetki do sandałów pojawiały się nadal i choć zauważyłam, że obecnie wśród młodych trendsetterek zaczyna być modne noszenie rajstop czy skarpetek z koronką do sandałów to jednak widok ten na własnych zdjęciach trochę mnie zawstydza.
To zdjęcie jest moim zdaniem ciekawe ze względu na kolor moich włosów. Na zdjęciach z wczesnego dzieciństwa można zauważyć, że miałam kiedyś bardzo jasne włosy. Tutaj jednak wyjątkowo widać, że w niektórych miejscach wśród ciemniejszych kosmyków widać równolegle także i te jaśniejsze. I nie jest to gra świateł ani też efekt żadnego farbowania (moja mama ma tutaj farbowane włosy, więc łatwo porównać). Póki faktycznie nie zaczęłam ich farbować, moje włosy miały różny kolor na różnej długości - naturalny efekt ombre hair zanim to było modne;p
W ostatnich klasach podstawówki byłam wysokim, chudym, nieśmiałym i dość szarawym stworzeniem. Nie nosiłam już kwiecistych opasek we włosach, wolałam proste stroje, proste zestawienia kolorystyczne, ale nadal preferowałam spódnice. Na tym zdjęciu odbieram nagrodę za konkurs plastyczny, ale jak widać nie ma we mnie specjalnego entuzjazmu. Co chwila wygrywałam wtedy jakiś konkurs i zaczynało mnie to trochę nudzić. Mimo to w tamtym czasie moje umiejętności plastyczne były dla mnie zdecydowanie ważniejsze niż wygląd.
Może i nie dbałam wtedy specjalnie o wygląd (jednak czego wymagać od dziecka z szóstej klasy podstawówki? Za moich czasów dzieci miały jednak inną mentalność niż teraz:q), ale trwająca nadal zimowa klątwa ludzika Michelin i tak spędzała mi sen z powiek. 100% ochrony przed mrozem, 0% kobiecości - niezależnie od mojego codziennego nastawienia do ubrań w takim stroju czułam się fatalnie i z całego serca nienawidziłam zimy, a rodzice nie chcieli słyszeć o czymś lepiej dopasowanym, bo w ich mniemaniu tylko puchowa kurtka wchodziła w grę.

Dalej powinno być gimnazjum, ale zdjęć z tego okresu nie mam w ogóle. Z prostej przyczyny - zachorowałam. Nie będę się wdawać w szczegóły, bo nie o to tu chodzi, ale chorowałam długo i boleśnie. Najbardziej jednak bolało to, że ze względu na leczenie musiałam ściąć włosy, coś co było według mnie moją największą ozdobą. Nie pozwalałam nikomu robić żadnych zdjęć, nie chciałam mieć z tego okresu żadnych wspomnień, żadnych pamiątek. A co nosiłam? Pomijając szpitalną piżamę, to co większość osób chcących się schować - spodnie, t-shirty, bluzy, głównie czerń. Nic dziewczęcego. Jedyną dobrą rzeczą był chyba początek noszenia glanów. Glany były wtedy jedyną godną uwagi rzeczą z mojej szafy.
Nawet gdy wyzdrowiałam nadal nie pozwalałam robić sobie żadnych zdjęć. Mimo to mojej mamie udawało się czasem zrobić jedno czy dwa z ukrycia, gdy byłam czymś zajęta. Jak tutaj, w sklepie z mangą w Sztokholmie. Moje włosy powoli odrastały i po raz pierwszy w życiu nie miałam prostej grzywki tylko opadającą na czoło po skosie, jednak zdecydowanie nie była to moja ulubiona fryzura. Natomiast mój strój... no cóż, jeansy i byle jaka bluzka, aby tylko jakoś przetrwać lato. Jednak skoro już jesteśmy przy mandze to od mangi się tak naprawdę wszystko zaczęło. Coraz większa fascynacja kulturą japońską doprowadziła mnie w końcu do lolita fashion.
Na początku jedynie podziwiałam marzycielskim okiem te stroje, w których dziewczęcy wygląd łączył się z elegancją. Aż w końcu, gdy zebrało się trochę oszczędności postanowiłam zaopatrzyć się w moje pierwsze ubrania w klimacie, który na nowo rozbudził we mnie dawne zamiłowanie do sukienek. Rzeczy miałam wtedy naprawdę mało, ciężko było o jakieś sensowne połączenie, ale początki jak wiadomo bywają trudne i gdy teraz patrzę na te stroje do głowy przychodzi mi tylko jedno słowo - fail:D
Pierwsze stroje może i nie są zbyt udane, ale to dzięki nim powoli powróciła moja pewność siebie i poczucie kobiecości utracone w trakcie choroby. W końcu, bo bardzo długim czasie pozwoliłam znów robić sobie zdjęcia Wróciłam również do dawno zapomnianej prostej grzywki, w której moim zdaniem wyglądam najlepiej, a dodatkowo po bokach ucięłam kosmyki, które razem z grzywką stanowiły hime cut. Ze wszystkich lolicich fryzur ta najbardziej przypadła mi do gustu.
Całe szczęście, że robienie tego typu min nie weszło mi w krew._.
Pojawiła się również pierwsza klimatyczna biżuteria - pierwszy naszyjnik od Alchemy Gothic (nadal go mam i uwielbiam ***klik***), który zapoczątkował moją małą pewterową kolekcję. Widać też pierwsze próby z makijażem, głównie oczu. Jednak przede wszystkim zaczęła się wtedy dość wstydliwa era zdjęć sprzed lustra, od których długo nie mogłam się uwolnić.
Na zdjęciach z tego okresu przewijają się właściwie stale te same ubrania, ale na szczęście widać też trochę nowości. Przede wszystkim pierwsze buty od Demonii i pierwszy poważny handmade - fioletowa pelerynka obszyta futrem (więcej tutaj ***klik***), z której jestem wyjątkowo dumna i którą używam po dziś dzień.
Jednak to gorsety wiodły prym w mojej szafie. Gorsety pochodzące głównie z Restyle, dość marnej jakości i o dość marnych właściwościach (dopiero dziś to widzę). Wtedy jednak w ogóle mi to nie przeszkadzało, jak również i to, że nie miałam zbyt wielu rzeczy, do których mogłabym je nosić. Uważałam je wtedy jednak za synonim kobiecości i coś, co po prostu muszę mieć.
W końcu jednak rodzimi sprzedawcy przestali mi wystarczać i odważyłam się zrobić moje pierwsze zamówienie z Bodyline. Na zdjęciu widać czerwoną spódnicę z kamizelką, której obecnie nie ma już w mojej szafie. Coraz bardziej spodobało mi się również wykonywanie drobnych handmade'ów, jak widoczne tutaj spinki z kocimi uszami.
Stopniowe zdobywanie coraz większej ilości ciekawych ubrań i dodatków oraz różnorodność pomysłów na łączenie ich ze sobą spowodowało nawet, że pod wpływem jednej z takich stylizacji, widocznej powyżej, wymyśliłam jedną z moich rysunkowych postaci (nie pierwszą jednak, ponieważ wymyślanie różnych historii towarzyszyło mi niemal od zawsze, o czym można się przekonać tutaj ***klik***).
Przy jednym ze zdjęć z podstawówki pisałam, że moje włosy miały różną barwę na różnej długości. Z czasem ciemny blond przechodzący w jaśniejszy na końcówkach włosów przeistoczył się w jasny brąz na środku głowy i rude końcówki. Podobała mi się ta właściwość moich włosów, jednak byłam już zdecydowanie znudzona ich naturalnym kolorem. Pierwszy raz postanowiłam więc spróbować farbowania (początki zabawy z farbowaniem zobaczyć można tutaj ***klik***)
W ten oto sposób nastała dla mnie era rudych włosów, coraz lepiej dopasowanych i lolicio wyglądających stylizacji a także początek pisania tego właśnie bloga. Pierwszą pokazaną tutaj stylizacją był zestaw, który ubrałam na wigilię (***klik***). Kolejną zaś był strój z sukienką Victorian Maiden (***klik***). Również zdjęć sprzed lustra było coraz mnie, choć czasem się jeszcze pojawiały.
Apetyt rósł w miarę jedzenia i zamiast początkowego "bezpiecznego" rudo-brązowego koloru włosów zapragnęłam mieć na głowie coś, co znacznie bardziej rzuca się w oczy. Tym sposobem poszłam w stronę czerwieni oraz coraz odważniejszych stylizacji. Tutaj mój pomysł na gotycką wiedźmę (***klik***).
I w końcu pierwsza sukienka z Infanty (***klik***) i pierwsza znajomość z shopping serwisem jakim jest Clobba. Do tej pory zamawiam jedynie z ich pomocą i za każdym razem jestem bardzo zadowolona z tej współpracy.
Dorobiłam się także pierwszego loliciego płaszcza (***klik***). Był to co prawda Bodyline i cieszyłam się nim niestety dość krótko, ponieważ okazał się za ciasny w biuście i miał przykrótkie rękawy, ale oddałam go w bardzo dobre ręce i mam nadzieję, że nadal dobrze służy nowej właścicielce.
Coraz lepiej wychodziły mi także zestawy, które skompletowane były z rzeczy całkowicie offbrandowych. Pomijając co prawda buty od Demonii na zdjęciach powyżej i torebkę, która jest repliką wykonaną przez Candy Store (całość można zobaczyć tutaj ***klik***).
Zahaczyłam nawet o klimaty sweet (***klik***), za sprawą mojego wielkiego w tamtym czasie zamiłowania do błękitu określanego mianem saxon blue. Również kolor moich włosów nieco złagodniał i z wpadającego w czerwień przeszedł w klasyczny niemal rudy odcień.
Starałam się także nieco bardziej eksperymentować z fryzurą. Poza zaplataniem różnego rodzaju warkoczy, jak w poprzedniej stylizacji, zapragnęłam mieć na głowie loki lub chociażby fale. Niestety nie miałam jeszcze wtedy lokówki, dlatego starałam się radzić na inne sposoby, jak w tym przypadku (całą stylizację zobaczyć można tutaj ***klik***)
Gdy teraz patrzę na strój z cmentarną sukienką (***klik***) widzę, że pojawiło się w nim zdecydowanie zbyt wiele dodatków. Wtedy jednak byłam najbardziej pod wpływem loliciego przepychu i starałam się aby każda kolejna stylizacja była jak najbardziej wymyślna. Teraz jestem zdania, że nie było to dobre podejście. Również w tym czasie powtórzyłam stylizację mojej steampunkowej złodziejki (***klik***), tym razem z o wiele lepszym skutkiem.
Wreszcie dorobiłam się także upragnionej lokówki i mogłam na całego poszaleć z wymyślaniem fryzur. Wypróbowałam miedzy innymi moje ulubione lolicie spiralne kucyki (***klik***), na co miałam ochotę już od dawna.
Sroka to kolejna stylizacja z czasów fascynacji lolicim przepychem (***klik***). Na szczęście coraz częściej na równi z tego typu stylizacjami pojawiały się także rzeczy skromniejsze i zdecydowanie lepiej wyważone, jak strój z naszyjnikiem Evenstar (***klik***).
Mój zbiór sukienek powiększał się coraz bardziej i trafiały do niego coraz piękniejsze egzemplarze, jak The Voice od Music JSK od Kidsyoyo. Związana jest z nią jedna z moich ulubionych stylizacji (***klik***). Sukienki i inne typowo lolicie dodatki niemal całkowicie wyparły tak uwielbiane przeze mnie niegdyś gorsety. Na placu boju pozostał tylko jeden, z Papercats, zaprezentowany w różanej czarno-bordowej stylizacji (***klik***).
Wreszcie zaczęłam oddalać się od loliciego przepychu i coraz bardziej zaczynały mi się podobać skromniejsze stylizacje, oparte zwykle na dwóch czy trzech elementach, jak ta, ponownie w moim ulubionym połączeniu czerni i bordo (***klik***). Do mojej szafy zaczęły również przybywać rzeczy zupełnie nie lolicie, które łączyłam z klimatycznymi dodatkami by uzyskać bardziej codzienne stroje (***klik***).
W międzyczasie grono moich ubrań zasilił mój ukochany płaszcz z Białym Królikiem, który sprawił, że nawet zdjęcia w plenerze po raz pierwszy wyszły przyzwoicie i mogłam je nareszcie pokazać na blogu (***klik***). Nie mogłam sobie również odmówić ponownej stylizacji z sukienką od Kidsyoyo (***klik***).
Łączenie rzeczy zwyczajnych z typowo lolicimi na dobre weszło mi w krew, co widać na dwóch powyższych zdjęciach. Zarówno w prostszej odsłonie i kolorystyce czerni z bielą (***klik***) jak i w przypadku kwiatowych motywów połączonych z koronkami (***klik***).
 I póki co ostatnie zdjęcia. Dwie stylizacje inspirowane classic lolitą, pierwsza na chłodniejsze dni (***klik***) i druga na nieco cieplejsze (***klik***).
Już dawno temu dałam sobie spokój z przekonaniem, że jestem przykładem lolity. Nigdy nią tak naprawdę nie byłam, choć był czas, gdy bardzo chciałam sięgnąć ideału. Teraz jednak widzę, że nie ma w tym większego sensu, nie chcę gonić za czymś, co i tak trudno mi będzie osiągnąć. Teraz chcę po prostu ubierać się po swojemu, bez żadnych kanonów i reguł. Chcę łączyć nietypowe, klimatyczne ubrania z rzeczami bardziej codziennymi w ciekawy, ale stonowany sposób i przede wszystkim ze smakiem, bez kiczu, którym lolita niestety momentami trąca. Chcę robić coś własnego, z daleka od prawdziwej mody i wszystkiego co nią kieruje. Na dzień dzisiejszy wydaje mi się, że jest to chyba najbardziej słuszne podejście, które pozwala zwyczajnie cieszyć się ubraniami, doceniać swój indywidualny wygląd i nie dać się zwariować w dzisiejszym świecie.

6 komentarzy:

  1. oo liczylam na epicka ilosc przypalu jak u ra
    a tu widze grzecznie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było trochę przypału na samym początku, ale faktycznie później już tylko grzecznie i nudnawo, nie mam się niestety czym pochwalić^^''' Najwyraźniej przypał pozostanie mi na starość:'D

      Usuń
  2. Wiem że nie na temat ale myśle że może to Cię zaciekawić. Mianowicie, skoro zainteresowały twoją osobe lalki MH, to ever after high też może Ci przypaść do gustu ;) a szczególnie styl w jakim są zrobione :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, słyszałam już o tych lalkach i faktycznie są urocze, ale postanowiłam na poprzestać na mojej dotychczasowej małej kolekcji MH:) Posiadanie coraz większej ilości lalek mogłoby się jednak okazać niezdrowe^^'

      Usuń
  3. Dext, żryj gruz, ty zakłamany cyganie jeden, a u mnie komentowałaś, że nie ma przypału >D
    A u ciebie Silmeven naprawde przypału nie ma. Może te pierwsze tró lolity (od których ty i tak przecież się odżegnujesz >D) uznałyby za przypał, bo pewnie nie te buty do stylizacji i co tu robi ten gorset i kocie uszka, ale dla mnie to wygląda w porządku jak na coś, co wyrosło z fascynacji mangą. Przynajmniej miałaś wiecej ubrań w klimacie niż 6, w dodatku nie pasujących do siebie _^_

    To zdjęcie z założonym kapturkiem od pelerynki jest urocze <3

    ...pojawisz sie na meecie 3 sierpnia? :<

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Początki bywają bolesneXD Oj kiedyś strasznie chciałam być trÓ i całe szczęście, że ostatecznie mi przeszło:q Raz, że się nie nadaję, a dwa, że zgłupieć można od tego wszystkiego:D

      Dzięki:) Szkoda, że sweet focia w lustrzeXD

      A co do meetu, to na dniach mój Luby mnie poinformował, że początek sierpnia jest jedynym terminem kiedy będę mogła do niego przyjechać i na razie to jest mój priorytet:< Ale obiecałam Roxiee, że jesienią już się nie wywinę (wtedy powinna być też lepsza pogoda i będzie się można bardziej klimatycznie ubrać a nie rozebrać:q).

      Usuń