niedziela, 21 kwietnia 2013

Silmeven rysuje

A tak, faktycznie zdarza się, że Silmeven rysuje. Wśród wszystkich moich zainteresowań rysowanie jest moim oczkiem w głowie od samego początku, tuż obok uzależnienia od wymyślania własnych opowiadań. Rysuję odkąd tylko pamiętam i równie długo rysunek służy mi do uwieczniania bohaterów, którzy powstają w mojej głowie - większość moich rysunków dotyczyła przede wszystkim historii, które sama tworzyłam, które żyły w moich myślach a sceny z nich kilkanaście razy dziennie przewijały się w mojej głowie niczym odcinki ulubionej kreskówki.
Jednak od czasu do czasu zdarzało się, że poświęcałam jedną pracę postaci z historii jakiegoś znanego autora. I choć nadal zdecydowanie bardziej wolę poświęcać czas na rysowanie moich własnych bohaterów to uważam robienie fanartów za dobry trening swoich umiejętności (zasada jest może trochę dziwna, ale gdy rysuję fanart nie mam wobec siebie aż tak wysokich wymagań jak przy rysowaniu czegoś własnego, a co za tym idzie nie boję się eksperymentować jeśli chodzi o technikę). I właśnie taką pracę chciałam pokazać na samym początku. Dziewczyna na rysunku ma na imię Inphyy i jest bohaterką gry zatytułowanej "Ninety-Nine Nights", którą uważam ją za jeden z moich ulubionych tytułów.
Uwielbiam design tej postaci, jej strój i broń. Chciałam uchwycić to wszystko na rysunku w jakiejś dynamicznej pozie (jeśli ktoś ma wątpliwości co do owej dynamiki niech zobaczy co ta wojowniczka potrafi wyczyniać na polu bitwy). Jednak proces tworzenia rysunku był dość nietypowy, ponieważ na początku nie miałam żadnego pomysłu na tło. Narysowałam postać i dodałam kolory po czym miałam zamiar zostawić całość właśnie w ten sposób, na czystej białej kartce, jednak zupełnie mi to nie pasowało. Takiej pracy nie można nazwać skończoną. I wtedy przypomniała mi się scena z gry, kiedy to Inphyy idzie przez pole słoneczników. Ponieważ dotychczasowy rysunek pasował do takiej koncepcji dopiero wtedy powstał szkic, lineart i kolory dla samego tła. Pomimo tej nietypowej kolejności uważam całą pracę za bardzo udaną:)
Jak już pisałam rysowanie bardzo wiele dla mnie znaczy i najchętniej poświęcałabym mu każdą chwilę. Niestety zdecydowanie brakuje mi czasu by się w tym spełniać i to nie tylko ostatnio, ale już od czasów liceum, gdy trzeba było poświęcać je na rzeczy innych "ważniejszych" spraw. Niestety im dalej w las z nauką, zwłaszcza tą na studiach, tym czasu tego jest coraz mniej. Nic więc dziwnego, że ostatnią dużą pracę, jaką była prezentowana wyżej Inphyy, zrobiłam w lipcu ubiegłego roku... Staram się jednak pracować przynajmniej nad rzeczami drobnymi, które również mają dla mnie dużą wartość. Powyższy rysunek zadedykowany jest mojemu kotu, który nie raz był dla mnie niczym superbohater, potrafiąc jednym małym kocim gestem rozśmieszyć mnie gdy bywałam w kiepskim nastroju.
Kapitan Kot jest moim najświeższym rysunkiem (powstał "zaledwie" miesiąc temu...), jednak nie jedynym poświęconym kotom. Praca powyżej jest z kolei już dość wiekowa, widać to zresztą po kresce i sposobie nakładania kolorów. Powstała dość spontanicznie z myślą o pewnym konkursie, a ponieważ deadline owego konkursu był niedaleki rysunek powstał w ciągu jednego dnia na zastraszająco małym formacie. Praca nosi tytuł "9 Lives" i jak łatwo się domyślić nawiązuje do znanego powiedzenia na temat dziewięciu kocich żywotów (w jaki sposób nawiązuje? Trzeba się przyjrzeć;)). Oczywiście  konkursu za jej sprawą nie wygrałam, ale satysfakcja i tak była nie mała, gdyż zagłosowało na mój rysunek całkiem sporo osób (zupełnie mi obcych, więc nie były to głosy po znajomości;p), cieszyłam się więc bardzo, że mimo średniego wykonania praca i tak się ogólnie spodobała.
Kolejną pracą jest rysunek, który już raz znalazł się na tym blogu, przy okazji jednej z moich stylizacji (dla przypomnienia ***klik***). Mimo tego, że nie posiada tła i wykonany był dość szybko, w krótkich przerwach między nauką a nauką, jest wyjątkowo bliski mojemu sercu. Przedstawia bowiem dwójkę moich własnych bohaterów, a konkretnie główną postać żeńską oraz partnerujące jej "zwierzątko", oboje z pewnej historii osadzonej w lekko steampunkowych klimatach.
Ze wszystkich opowieści, które przez lata powstały w mojej głowie, cztery są dla mnie najważniejsze, a co za tym idzie najbardziej rozbudowane, dopracowane i naprawdę wiele bym dała by kiedyś mogły ujrzeć światło dzienne jako książki czy komiksy (może przy odrobinie szczęścia i ogromnie ciężkiej pracy, zobaczymy...). I ta właśnie dwójka pochodzi z jednej z nich. Rysunek ten natomiast był pierwszą próbą przelania mojego pomysłu w formie graficznej na papier, pierwszy oficjalny projekt rzeczonych postaci.
Po raz kolejny zdarzyło się, że w trakcie pracy nad rysunkiem, z powodu jakiegoś wewnętrznego widzimisię wykonywałam skan na każdym jej etapie. Zwykle tak nie robię, wcześniej stało się tak tylko w przypadku Inphyy i tylko dlatego, że planowałam zakończyć rysowanie bez tła. Myślę, że tutaj udało mi się zeskanować rysunek w ten sposób, ponieważ praca nad nim trwała wyjątkowo długo, choć nie jest on bardzo wymagający czy skomplikowany. Rysowałam go akurat w trakcie sesji zimowej i na początku stanowił dla mnie jedynie małą odskocznię od nauki, by na chwilę oderwać się od książek, nanieść kilka kolejnych detali po czym znów do nich powrócić. Przy okazji co jakiś czas skanowałam pracę, ponieważ nie byłam pewna czy w ogóle ją dokończę.
Skończyć na szczęście się udało (pomijając tło, które i tak nie jest bardzo potrzebne w pracach typu "refka postaci"), a dzięki wielokrotnym skanom mogę teraz zrobić ciekawe zestawienie każdego z etapów pracy - od wstępnego szkicu, przez lineart z użyciem kilku kolorów i wstępne kolorowanie, aż do efektu końcowego. Muszę przyznać, że przyglądanie się tym etapom już po skończeniu danego rysunku jest bardzo pouczające dla mnie jako dla autorki i zastanawiam się czy nie powinnam wykonywać takich wielokrotnych skanów przy każdej kolejnej pracy
Praca ta jest dla mnie ważna również z tego względu, że jest pierwszą wykonaną z całości za pomocą markerów. Markerów mam póki co niewiele i do tej pory służyły mi jedynie jako wsparcie dla kredek, którym jestem najbardziej oddana. Planuję jednak powiększyć "kolekcję" markerów, by móc tworzyć za ich pomocą samodzielne prace i uważam, że ten rysunek stanowi udany początek współpracy z nimi:)
Markery czy kredki - konkretne media, których używam nie są aż tak istotne jak fakt, że tworzę jedynie za pomocą technik tradycyjnych. Niestety obecnie techniki te coraz bardziej wymierają, zwłaszcza wśród twórców rysujących w klimatach mangowych, wyparte przez programy komputerowe. I choć na razie mojej technice, kresce i innych aspektach rysunku tradycyjnego jeszcze sporo brakuje to zamierzam ciężko pracować by stać w opozycji dla wszechobecnych prac wykonanych za pomocą grafiki komputerowej. Być może kiedyś, za sto lat, moje tradycyjne prace osiągną poziom przewyższający techniki komputerowe. Chyba właśnie do tego chciałabym dążyć, nawet jeśli w tej chwili może się to wydawać nierealne. Powyżej natomiast znajduje się przykład rysunku typowo mangowej popkultury, której od czasu do czasu daję się porwać. Dziewoja Panda imieniem Megumi powstała jako bardzo spontaniczny, randomowy pomysł, jednak mam nadzieję, że będę miała jeszcze okazję by uwiecznić ją w nieco bardziej ambitnej kompozycji:p
Był taki krótki okres w moim rysunkowym życiu, gdy postanowiłam zbierać zamówienia na prace w zamian za punkty na Deviantart (***klik***). Niestety musiałam dość szybko zrezygnować z tego pomysłu, ponieważ chętnych na "points commission" było tak wielu, że przy moim tempie pracy nigdy nie zdążyłabym zrealizować wszystkich zamówień. Muszę przyznać, że kompletnie nie spodziewałam się takiego odzewu. Udało mi się narysować kilka  prac na zamówienie, z czego z dwóch jestem wyjątkowo zadowolona. Pierwsza praca stanowiła zamówienie na rysunek przedstawiający trójkę postaci z pewnego znanego cyklu książek autorstwa Laurell K. Hamilton, a motywem przewodnim miał być... fetysz stóp lub fetysz wysokich obcasów:q
Osobiście nie gustuję w takich fantazjach, ale wyzwanie rysunkowe to co innego, a wyzwania zawsze fajnie jest podejmować. Zaowocowało to właśnie taką, nieco mroczną, nieco zabawną pracą. Ma ona już trochę lat i teraz wiele rzeczy zrobiłabym w niej inaczej, ale osoba zamawiająca była zadowolona i to było najważniejsze. Drugi rysunek (ten powyżej) dotyczył już zupełnie innego, nostalgicznego wręcz tematu i wykonany był dla innej osoby. Uwiecznić na nim miałam zerwaną przyjaźń pomiędzy bohaterem z kreskówki Xiaolin Showdown a własną postacią dziewczyny, która dokonała u mnie zamówienia. Była to prośba równie zaskakująca i nietypowa co fetysz stóp, ale mam wrażenie, że podołałam jej, w czym dodatkowo utwierdzała mnie radość zmawiającej.
Poczynając od prac na zamówienie poruszamy się coraz bardziej wstecz jeśli chodzi o moją radosną twórczość. Kolejny rysunek zatrzymał się niestety na etapie lineartu i jest już na tyle "wiekowy" iż obawiam się, że już go nie skończę. Przynajmniej nie w takiej formie. Mam bowiem jeszcze małą nadzieję, że za jakiś czas (prawdopodobnie w wakacje) narysuję go od nowa, ponieważ bardzo podoba mi się ta koncepcja. Praca przedstawia moją ulubioną postać z gry Soul Calibur, małą "ero gothic lolitę" imieniem Amy w stylizacji nawiązującej do Chibiusy z Sailor Moon. Dlaczego takie połączenie? Jeśli uda mi się dokończyć tą pracę w nowej wersji poświęcę na wytłumaczenie tego cały oddzielny post. Póki co należy uzbroić się w cierpliwość.
Kot, któremu zadedykowałam kilka moich rysunków nie jest jedynym stworzeniem, które potrafi mnie pocieszyć gdy tego potrzebuję. Drugim jest mój drogi Luby i dla niego także udało mi się wykonać pewną pracę. Otóż miał on kiedyś pomysł na postać dziewczyny w klimacie fantasy, którą roboczo nazwał Pszczółką. Niestety nie wymyślił dla niej żadnej konkretnej historii i pomysł został zawieszony w próżni a później schowany do szuflady. Zmartwiło mnie to, ponieważ projekt ten bardzo mi się spodobał, postanowiłam więc wykonać własną wersję Pszczółki i wręczyć Lubemu jako prezent urodzinowy. Praca ta ma już kilka lat i gdy teraz na nią patrzę nie jedno miałabym ochotę zmienić (zwłaszcza ten średnio udany rój z przodu), ale jak zwykle najważniejszy był fakt, że obdarowany był zadowolony.
Kiedy już naprawdę brakuje mi czasu na pełnowymiarowe prace szkicuję po prostu na szybko wszystko to, co akurat przyjdzie mi do głowy. Tutaj widać kilka takich właśnie malutkich rysunków, zebranych razem, choć kompletnie ze sobą nie związanych. Są wśród nich zarówno rzeczy całkiem przypadkowe oraz bardziej konkretne, jak chociażby Pijawkotek będący dla mnie pewnym symbolem (ale nie zdradzę dokładnie o co chodzi) a także dziewczynka ze świeczką i balonami, która jest młodocianą formą jednej z moich najważniejszych własnych postaci.
A skoro znów jesteśmy przy moich własnych postaciach - oto dwie kolejne, na kolejnym "wiekowym" rysunku. Przedstawicielka szpiczastouchej rasy (nie będąca jednak elfką) imieniem Lamesi i jej tygrysopodobny podopieczny pochodzą z jednej ze wspominanych już czterech najważniejszych dla mnie opowieści. A dokładnie z pierwszej z nich, najstarszej i w moich myślach oficjalnie opracowanej i ukończonej. Ponieważ rysunek jest stary i techniczne bardzo wiele rzeczy mi się w nim nie podoba mam zamiar niedługo zabrać się za kolejne prace dotyczące owej historii. Zbyt wiele pomysłów, tak niewiele czasu...
Podobnie zresztą ma się sytuacja z tą bohaterką i historią jej dotyczącą. Jest to wspominana już przy okazji drobnych szkiców dziewczynka ze świeczką i balonikami. Tutaj w postaci dorosłej i w otoczeniu słoneczników. Słoneczniki są jednymi z moich ulubionych kwiatów, jak można się domyślić patrząc po moich pracach i pewnie jeszcze nie raz będę miała okazję je narysować. Jednak nie tylko kwiaty można na tym rysunku zauważyć, rzuca się bowiem w oczy również znamię, które dziewczyna ma pod prawym okiem. To właśnie tej postaci jestem winna najwięcej rysunków. Pochodzi ona z drugiej w kolejności historii, które powstały w mojej głowie i jest to opowieść dla mnie najważniejsza, bardzo osobista wręcz. Właśnie teraz jestem w trakcie pracy nad najnowszym rysunkiem, który będzie tej postaci dotyczył i mam nadzieje, że skończę go jak najszybciej by poświęcić mu oddzielny post na tym blogu.
Prócz własnych bohaterów i fanartów zdarza mi się również rysować postacie, które przyjdą na myśl pod wpływem chwili. Właśnie w takich pracach najlepiej widać emocje, które towarzyszyły autorowi podczas ich rysowania. Niebieska Dama powstała właśnie w chwili smutku i zwątpienia. I choć w tamtej chwili była postacią przypadkową to mam nadzieję jeszcze kiedyś wykorzystać wizerunek jej i łabędzia. Oboje są dla mnie nie tylko ucieleśnieniem smutku, ale i zimy, zatraconej możliwości by rozwinąć skrzydła. Teraz nie jest odpowiedni czas by do nich powrócić, ale może kiedyś...
Na sam koniec nie mogło oczywiście zabraknąć fanartu z jedna z moich ulubionych postaci z filmów Tima Burtona - Sally z Miasteczka Halloween. Była to jedna z pierwszych prac, na której w zadowalającym stopniu (jak na tamte chwile) opanowałam kolorowanie, znalazłam charakterystyczny dla siebie sposób nakładania kolorów i w każdym następnym rysunku ulepszałam technikę, którą zastosowałam w przypadku Sally. Od tej właśnie pracy zaczęłam w bardziej ambitny sposób patrzeć na własne rysunki i na możliwość ich dalszego rozwijania. 
Po większą ilość mojej radosnej, stale rozwijającej się twórczości zapraszam na moje konto na Deviantart ***klik*** :)

4 komentarze:

  1. ładnie kolorujesz i to bardzo, co prawda ja wolę inny rodzaj kreski i tematykę, ale twoje prace mi się podobają, sa bardzo staranne. Widać po nich, że jesteś bardzo poukładana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) Kolorowanie to chyba jedna z nielicznych rzeczy, z których jestem w moich rysunkach zadowolona. Mangowy styl dawno temu do mnie przylgnął i już mi tak zostało, rzeczywistych ludzi rysować nie umiem^^'

      Usuń
    2. podobno trudno sie odzwyczaic od mangowosci, ciekawa jestem czemu, to chyba troche tak jak ktos notorycznie zaburza proporcje

      Usuń
    3. Prawdziwa profesjonalna manga (rzecz jasna nie moja... jeszcze>D) to trochę więcej niż celowe notoryczne zaburzanie proporcji;)
      A jeśli chodzi o trudności z odzwyczajeniem się to nie wiem jak to jest, nigdy nie próbowałam się odzwyczaić:) Pasuje mi rysowanie w tym stylu i cały czas chcę się w nim rozwijać, co idzie również w parze z poprawą anatomii postaci:)

      Usuń