sobota, 27 kwietnia 2013

St. Tears "Le Lac des Cygnes" JSK

Zakup tej sukienki to moje pierwsze doświadczenie z rzeczami od St. Tears. Ich asortyment jest póki co dość skromny w porównaniu do innych znanych lolicich marek, ale najwyraźniej nie idą w ilość tylko w jakość i ta właśnie sukienka to potwierdza. Była ona moim priorytetem jeśli chodzi o ubrania tej firmy, jednak prócz niej podoba mi się jeszcze kilka innych rzeczy, dlatego mam nadzieję, że nadarzy się za jakiś czas okazja na kolejny zakup od nich, bo zdecydowanie warto.
Zamówienie przybyło do mnie za pośrednictwem Clobby. Korzystam z ich pomocy w zasadzie przy każdym zamówieniu (prócz tych z Bodyline oczywiście:q) i cokolwiek inni by o nich mówili ja złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć. Jeszcze nigdy się na nich nie zawiodłam, nigdy niczego nie pomylili, rzeczy zawsze przychodziły takie jak powinny i zawsze znałam dokładny czas oczekiwania na daną rzecz oraz datę nadania każdej paczki wraz z numerem pozwalającym na jej śledzenie.
W tej przesyłce, która przybyła do mnie w ramach prezentu na Wielkanoc, prócz sukienki St. Tears były jeszcze dwie inne - Morning Star JSK (***klik***) oraz Magic Spell Book JSK (***klik***), obie od White Moon. Całość zamówienia była bardzo starannie zapakowana w folię i dodatkowo zabezpieczona na czas podróży za pomocą tekturowego kartonika. Żadna z sukienek nie była nawet odrobinę pognieciona.
A tak właśnie rzeczona sukienka prezentuje się na żywo. Nazwana została "Le Lac des Cygnes", ponieważ nawiązuje właśnie do baletu "Jezioro Łabędzie" (jednego z moich ulubionych♥). Swoim wyglądem rzeczywiście przypomina lekki i delikatny kostium baleriny. Dostępna jest w czterech pastelowych kolorach. Muszę przyznać, że wahałam się pomiędzy błękitem a lawendą, ale ponieważ miałam już wcześniej kilka błękitnych sukienek tym razem wygrał kolor lawendowy.
Na zdjęciach sklepowych sukienka ta pokazana została w towarzystwie koronkowej bluzki, która zresztą również pochodzi z serii "Le Lac des Cygnes". Oczywiście jak to zwykle była w takich przypadkach JSK oraz wszelkie dodatki, z którymi jest ona prezentowana nie są dostępne w komplecie, każdą z tych rzeczy trzeba kupić oddzielnie. I choć bluzka ta nadal jest dostępna na stronie sklepu postanowiłam jej nie zamawiać. Nie gustuję w bluzkach ze stójką, a dodatkowo mam już w swojej szafie białą koronkową bluzkę offbrand, która idealnie do tej sukienki pasuje.
Jak już wspomniałam całościowy projekt tej JSK nawiązuje do Jeziora Łabędziego i klimatów baletowych. Poczynając od ramiączek, które są cienkie i delikatne. Uszyte zostały z tego samego materiału co cała sukienka, bawełnianego w kolorze lawendy, jednak dodatkowo obszyto je lekko transparentną, kremową wstążką co sprawia, że stają się one ledwo widoczne, jak ramiączka od baletowego kostiumu. Zewnętrzną krawędź wykończono przepiękną, bardzo szeroką koronką, w której można dopatrywać się symbolu białych łabędzich skrzydeł u ramion baleriny.
Bawełnianą, ażurową koronką z haftami obszyty jest również dekolt górnej części sukienki, którą stanowi zgrabna bluzka o fasonie gorsetu (jednak bez fiszbin) na wspominanych już ramiączkach. Zapinana jest ona z przodu na rząd małych guzików obszytych materiałem, a po bokach posiada symetryczne, małe wiązania gorsetowe, które jednak stanowią tylko element ozdobny. Niestety bluzka nie posiada żadnego innego zapięcia a walka z tymi małymi guziczkami przewlekanymi przez mikroskopijne wręcz pętelki do łatwych i szybkich nie należy. Dodają one bluzce sporo klimatu, ale do praktycznych nie należą. Jak widać coś za coś.
Muszę przyznać, że gdy otworzyłam paczkę i wyjęłam sukienkę z folii górna część wydała mi się bardzo mała, co mnie zaniepokoiło. Natychmiast przymierzyłam całość i odetchnęłam z ulgą. Okazało się, że jest ona bardzo ładnie wyprofilowana a shirring wraz z wiazaniem gorsetowym znajdującym się na plecach, jest niezwykle elastyczny i rozciągliwy co pozwala na niemal idealne dopasowanie bluzki do sylwetki. Szeroka, atłasowa wstążka przewleczona przez haftki wiązania dodaje całości jeszcze więcej delikatności i baletowego charakteru.
Drugą częścią sukienki jest oczywiście spódnica. Spódnica na gumce, która jednak nie została wszyta dookoła pasa, ale jedynie w jego tylnej części, przez co przód pozostał gładki a mimo to spódnicę można bez problemu założyć i świetnie podkreśla ona talię. Spódnica posiada dwie warstwy, pierwszą z nich, spodnią, stanowi znany nam już bawełniany materiał w kolorze lawendy. Został on bardzo ładnie ukształtowany, dzięki czemu spódnica jest pięknie rozkloszowana. Dolna krawędź materiału obszyta jest uroczą koronkową taśmą.
Natomiast drugą warstwę, wierzchnią, stanowi zjawiskowa haftowana koronka. Jak wszystkie koronkowe elementy w tej sukience, jest ona w kolorze kremowym. Wzór na nich wyhaftowany przedstawia pointy - charakterystyczne buty noszone przez baleriny, w otoczeniu licznych kokardek, wstążek, serc oraz innych uroczych elementów. Haft ten ma bardzo romantyczny, dziewczęcy charakter, dodaje całości niezwykłej lekkości i jest moim zdaniem największą ozdobą całej sukienki. Jednak obawiam się, że gdybym zechciała chodzić w tej sukience na co dzień to delikatny koronkowy materiał na spódnicy mógłby się dość szybko pozaciągać lub nawet  podrzeć. Zdecydowanie nie jest to sukienka do częstego użytku. Tak jak balerina ubiera swój kostium jedynie na scenę tak i ja będę zakładać tą JSK jedynie na specjalne okazje.
Sukienka swoje kosztowała a uszycie jej również zajęło sporo czasu, dotarła do pośrednika ostatnia z całego zamówienia. Jednak bez zawahania mogę powiedzieć, że warto było na nią tak długo czekać i wydać trochę oszczędności, ponieważ jest zjawiskowa. Uszyta z wyjątkową starannością, dotyczy to każdego detalu. Również genialne jest w niej to, że można ją nosić na wiele sposobów, jako całość stanowiącą sukienkę oraz każdą jej część oddzielnie. W dodatku przepięknie prezentuje się na sylwetce. Muszę jak najszybciej sfotografować stylizację z nią, by pokazać cały jej urok.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Bodyline crown cardigan L109

 Dwa kardigany z Bodyline, które przybyły do mnie wraz z ostatnim zamówieniem. Na stronie sklepu dostępne były w czterech kolorach: czarnym, białym, jasno różowym oraz ciemno różowym z białymi koronkami. Nie trudno się domyślić, które kolory zamówiłam - oczywiście czerń i biel.
Miałam dodatkowo wyjątkowe szczęście, ponieważ udało mi się zamówić dosłownie ostatnią dostępną sztukę z koloru czarnego. Kardigany przybyły wraz z resztą zamówionych rzeczy w małej przesyłce lotniczej i jak (prawie) wszystkie wyroby Bodyline zapakowane były w ozdobne folie. Niestety nie ochroniły ich one przez potwornym wygnieceniem...
 Wymagały oczywiście prasowania, ale trzeba było zachować wyjątkową ostrożność i uważać z temperaturą, ponieważ swetry wykonane zostały ze sztucznych materiałów. Dlatego też prasowanie ich nie należało do najszybszych i najskuteczniejszych, nadal widać jeszcze lekkie zagniecenia tu i ówdzie, ale mimo to prezentują się teraz o wiele lepiej niż tuż po wyjęciu z opakowań.
 Mimo tego, że kardigany wykonano ze sztucznego materiału to jest on bardzo miękki i miły w dotyku. Jednak w przypadku białego swetra materiał jest wyjątkowo cienki. I nie, nie chodzi mi o to, że oczekiwałam grubego swetra na zimę a on okazał się być cienkim kardiganem na lato - materiał jest tak cienki, że aż przebija przez niego mój kolor skóry (a ja jestem przecież niezdrowo wręcz blada). Kardigan kardiganem, ale materiał nie powinien być aż tak cienki.
 Nie jestem pewna czy to nadal efekty wygniecenia swetra w paczce czy jednak efekt pracy marnego krawca, ale kołnierzyk w moim egzemplarzu jest nieco krzywo, a co za tym idzie i złoty haft na nim nie prezentuje się do końca tak jak powinien. Co więcej koronka, która na zdjęciu sklepowym jest udrapowana i układa się w ładną falbankę w rzeczywistości jest zwyczajnie i bez żadnej finezji przyszyta prosto. Żadnej koronkowej falbanki...
 Prócz złotego haftu na kołnierzyku kardigan posiada również wyhaftowaną po lewej stronie małą koronę. Haft wykonany został oczywiście nićmi syntetycznymi, które mienią się w charakterystyczny metaliczny sposób i nie dają tak ładnego efektu jak nici bawełniane (jak w przypadku sukienki od Infanty ***klik*** czy Kidsyoyo ***klik***), ale pamiętajmy, że to jednak Bodyline.
 Taką samą koronką, jaką widzieliśmy przy kołnierzyku obszyte są również rękawy. I tutaj także przyszyto ją prosto, bez "zbędnego" bawienia się w układanie falbanek. Trochę szkoda, w końcu jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach.
 Czarny kardigan, również już po wyprasowaniu, wizualnie podoba mi się zdecydowanie najbardziej, strasznie się więc cieszę, że zdążyłam kupić ostatnią sztukę. Zwykle przy zakupie ostatniego egzemplarza można się spodziewać, że może mieć jakieś drobne defekty, ale na szczęście w tym przypadku niczego takiego nie zauważyłam.
 Materiał, z którego wykonany został czarny sweter jest co ciekawe nieco grubszy w porównaniu z białym kardiganem. Nie przebija przez niego kolor skóry i nie jest to jedynie kwestia materiału w czarnym kolorze - w dotyku również czuć wyraźną różnicę w "gramaturze" obu kardiganów. Kołnierzyk jest tutaj już bardzo ładnie ukształtowany, niestety koronka również nie została ułożona tak jak pokazują to zdjęcia sklepowe. Oba swetry zapinane są na kilka małych, półokrągłych plastikowych guzików, które całkiem ładnie imitują guziki perłowe.
Tutaj rękawy również wykończone są znajomą koronką, która nawet układa się w niewielkie fałdy na kształt falbanki, jednak moim zdaniem jest to bardziej efekt obszywania okrągłego brzegu, a nie celowy zabieg udrapowania materiału, który miał utworzyć falbankę. Warto również dodać, że w obu kardiganach sama koronka jest (na szczęście) bawełniana a nie syntetyczna.
 Mimo kilku wad muszę przyznać, że jestem z obu kardiganów całkiem zadowolona. Ładnie prezentują się na sylwetce, ich rękawy mają odpowiednią długość i można je nosić zarówno jako tradycyjne rozpinane swetry a także jako koszule do sukienek typu JSK (już wypróbowałam ten patent, dzięki cienkiemu materiałowi swetrów świetnie się sprawdza). Pasują również do wielu rzeczy i na pewno będę z nich bardzo często korzystać.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Infanta Doris Summer JSK

 Niektóre osoby być może będą kojarzyły lolicią sukienkę, która pojawiła się w tamtym tygodniu na Allegro, w opcji zakupu za 100 zł i opisaną jako nieposiadającą metki. Muszę przyznać, że zwróciła moją uwagę, ponieważ ostatnio jestem właśnie ukierunkowana na poszukiwania eleganckich, ale stonowanych letnich sukienek w stylu lolita. W aukcji nie było niemal żadnych konkretnych informacji na jej temat, jednak im dłużej patrzyłam na zdjęcia tym bardziej byłam przekonana, że to musi być Infanta.
Po szybkim sprawdzeniu na stronie Infanty na Taobao byłam już w zasadzie pewna, że to właśnie Doris JSK, nadal jednak zastanawiała mnie ta dziwna informacja w aukcji, że sukienka nie posiada metki. Mimo wszystko postanowiłam zaryzykować i kupiłam sukienkę. Gdy przybyła okazało się, że faktycznie jest to oryginalna Infanta, w dodatku znacznie piękniejsza niż na zdjęciach producenta czy tych umieszczonych w aukcji. Ponieważ do tej pory nie widziałam jej na stronie Infanty, a zaglądam tam całkiem regularnie, zgaduję, że jest to dość nowa ich propozycja.
 Sukienka utrzymana jest w kolorystyce bieli i beżu z brązowymi elementami. Ma typowy krój letniej JSK, nadaje się moim zdaniem bardziej do samodzielnego noszenia w upalne dni niż do koszuli, z którą - według mnie - wyglądać będzie na zbyt przesłodzoną (choć według niektórych noszenie takiej sukienki bez koszuli to zbrodnia:D). Jest ogólnie bardzo ładnie skrojona i oczywiście maksymalnie rozkloszowana.
 Góra sukienki, zwłaszcza przy dekolcie, jest bardzo bogato zdobiona. Znajdują się tu śliczne haftowane koronki, układające się w kilka falbaniastych warstw. Muszę przyznać, że na początku miałam małe obawy co do nich i zastanawiałam się wręcz czy nie będę musiała ich wypruć. Na szczęście okazało się, że w rzeczywistości warstwy koronek nie są wcale takie obszerne jak pokazywały to zdjęcia sklepowe, są zdecydowanie mniej "napuszone", nie odstają tak bardzo i stanowią bardzo ciekawy i estetyczny element ozdobny.
 Przy koronkach, symetrycznie po obu stronach znajdują się dwie bardzo zgrabne atłasowe kokardki, a górna krawędź sukienki obszyta jest szeroką, ażurową taśmą, przeplecioną brązową wstążką. Ta sama taśma znajduje się również na szerokich ramiączkach sukienki, które dodatkowo obszyte są drobną, haftowaną koronką. Niestety taśmy na ramiączkach przyszyte zostały nieco krzywo i nie przebiegają przez ich środek, ale z drugiej strony jest to dość drobne niedopatrzenie.
 Mnie osobiście znacznie bardziej przeszkadza inna rzecz, a mianowicie to, że ramiączka przyszyte zostały w okolicach dekoltu zbyt blisko siebie, schodzą wręcz po skosie, co sprawia, że sam dekolt nie do końca dobrze wygląda. Myślę, że będę musiała własnoręcznie to poprawić.
W talii po raz kolejny spotykamy się z szeroką ażurową taśmą z przewleczoną wstążką, do której po bokach przyszyte zostały dwie atłasowe kokardki. Trochę szkoda, ze dolny brzeg taśmy został wszyty w materiał sukienki, przez co wygląda jakby została ucięta.
 Z tyłu oczywiście znajduje się wiązanie gorsetowe oraz shirring. Brązowa wstążka w wiązaniu to - jak zresztą zwykle w przypadku Infanty - nie zwykła atłasowa wstążeczka, która może się dość szybko zniszczyć pod wpływem częstego wiązania, ale mocna wstążka z tkaniny dodatkowo wzmocnionej poprzecznymi wstawkami. Wiązanie bardzo dobrze spełnia swoją rolę jeśli chodzi o dopasowanie sukienki w górnych partiach. Niestety trochę gorzej jest w przypadku talii, ponieważ mam wrażenie, że ostatnie haftki wiązania znajdują się jednak trochę za wysoko by dostatecznie dobrze ściągnąć materiał w talii (albo po prostu sukienka jest na mnie po prostu za duża).
 Gdy przyjrzymy się uważnie ramiączkom przy tylnej krawędzi sukienki zauważymy, że tu również wkradł się mały fail - brązowa wstążka przechodząca przez ażurową taśmę trochę pogubiła swój bieg na lewym ramiączku. Na szczęście podczas noszenia nie powinna być to wada zauważalna.
 I wreszcie nadszedł czas na sam materiał. Sukienka wykonana jest z bawełny, lekkiej, dość cienkiej, ale ładnie się układającej i miękkiej w dotyku. Idealny materiał na lato. Na materiale znajduje się drobny kwiatowy print, przedstawiający różowe i żółte różyczki z zielonymi listkami na tle białych i beżowych prążków. Całość jest bardzo delikatna, zwiewna i dziewczęca, co również idealnie wpisuje się w letnią stylistykę. Szwy łączące poszczególne części wykroju ukryte są pod małą, haftowaną koronką, a dolną krawędź sukienki zdobi szeroka odmiana tej samej, bawełnianej koronki. Warto dodać, że sukienka nie posiada podszewki, ale
 A tutaj wyraźny dowód na to, że sukienka to bez wątpienia oryginalny wyrób Infanty. Pomijając kilka drobnych niedociągnięć pokazanych powyżej, które moim zdaniem mają prawo się zdarzyć, sukienka ma jednak jedną poważną wadę - długość. Jest zaskakująco krótka jak na lolicią sukienkę, co jest tym bardziej dziwne skoro rozmiar z metki to M. W porównaniu z inną moją letnią bawełnianą sukienką z Infanty w rozmiarze M (***klik***), Doris JSK jest mniej więcej o 8 cm krótsza i w moim przypadku sięga ewidentnie ponad kolano. Na szczęście ja nie jestem "tru", więc nie muszę się przejmować aż tak bardzo długością sukienki:p Zwłaszcza, że latem taka długość będzie pasować, a sukienka sama w sobie jest prześliczna. Nie dałabym za nią co prawda tyle ile życzy sobie QutieLand, czyli $53, ale z zakupu takiego za 100 zł jestem bardzo zadowolona.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Silmeven rysuje

A tak, faktycznie zdarza się, że Silmeven rysuje. Wśród wszystkich moich zainteresowań rysowanie jest moim oczkiem w głowie od samego początku, tuż obok uzależnienia od wymyślania własnych opowiadań. Rysuję odkąd tylko pamiętam i równie długo rysunek służy mi do uwieczniania bohaterów, którzy powstają w mojej głowie - większość moich rysunków dotyczyła przede wszystkim historii, które sama tworzyłam, które żyły w moich myślach a sceny z nich kilkanaście razy dziennie przewijały się w mojej głowie niczym odcinki ulubionej kreskówki.
Jednak od czasu do czasu zdarzało się, że poświęcałam jedną pracę postaci z historii jakiegoś znanego autora. I choć nadal zdecydowanie bardziej wolę poświęcać czas na rysowanie moich własnych bohaterów to uważam robienie fanartów za dobry trening swoich umiejętności (zasada jest może trochę dziwna, ale gdy rysuję fanart nie mam wobec siebie aż tak wysokich wymagań jak przy rysowaniu czegoś własnego, a co za tym idzie nie boję się eksperymentować jeśli chodzi o technikę). I właśnie taką pracę chciałam pokazać na samym początku. Dziewczyna na rysunku ma na imię Inphyy i jest bohaterką gry zatytułowanej "Ninety-Nine Nights", którą uważam ją za jeden z moich ulubionych tytułów.
Uwielbiam design tej postaci, jej strój i broń. Chciałam uchwycić to wszystko na rysunku w jakiejś dynamicznej pozie (jeśli ktoś ma wątpliwości co do owej dynamiki niech zobaczy co ta wojowniczka potrafi wyczyniać na polu bitwy). Jednak proces tworzenia rysunku był dość nietypowy, ponieważ na początku nie miałam żadnego pomysłu na tło. Narysowałam postać i dodałam kolory po czym miałam zamiar zostawić całość właśnie w ten sposób, na czystej białej kartce, jednak zupełnie mi to nie pasowało. Takiej pracy nie można nazwać skończoną. I wtedy przypomniała mi się scena z gry, kiedy to Inphyy idzie przez pole słoneczników. Ponieważ dotychczasowy rysunek pasował do takiej koncepcji dopiero wtedy powstał szkic, lineart i kolory dla samego tła. Pomimo tej nietypowej kolejności uważam całą pracę za bardzo udaną:)
Jak już pisałam rysowanie bardzo wiele dla mnie znaczy i najchętniej poświęcałabym mu każdą chwilę. Niestety zdecydowanie brakuje mi czasu by się w tym spełniać i to nie tylko ostatnio, ale już od czasów liceum, gdy trzeba było poświęcać je na rzeczy innych "ważniejszych" spraw. Niestety im dalej w las z nauką, zwłaszcza tą na studiach, tym czasu tego jest coraz mniej. Nic więc dziwnego, że ostatnią dużą pracę, jaką była prezentowana wyżej Inphyy, zrobiłam w lipcu ubiegłego roku... Staram się jednak pracować przynajmniej nad rzeczami drobnymi, które również mają dla mnie dużą wartość. Powyższy rysunek zadedykowany jest mojemu kotu, który nie raz był dla mnie niczym superbohater, potrafiąc jednym małym kocim gestem rozśmieszyć mnie gdy bywałam w kiepskim nastroju.
Kapitan Kot jest moim najświeższym rysunkiem (powstał "zaledwie" miesiąc temu...), jednak nie jedynym poświęconym kotom. Praca powyżej jest z kolei już dość wiekowa, widać to zresztą po kresce i sposobie nakładania kolorów. Powstała dość spontanicznie z myślą o pewnym konkursie, a ponieważ deadline owego konkursu był niedaleki rysunek powstał w ciągu jednego dnia na zastraszająco małym formacie. Praca nosi tytuł "9 Lives" i jak łatwo się domyślić nawiązuje do znanego powiedzenia na temat dziewięciu kocich żywotów (w jaki sposób nawiązuje? Trzeba się przyjrzeć;)). Oczywiście  konkursu za jej sprawą nie wygrałam, ale satysfakcja i tak była nie mała, gdyż zagłosowało na mój rysunek całkiem sporo osób (zupełnie mi obcych, więc nie były to głosy po znajomości;p), cieszyłam się więc bardzo, że mimo średniego wykonania praca i tak się ogólnie spodobała.
Kolejną pracą jest rysunek, który już raz znalazł się na tym blogu, przy okazji jednej z moich stylizacji (dla przypomnienia ***klik***). Mimo tego, że nie posiada tła i wykonany był dość szybko, w krótkich przerwach między nauką a nauką, jest wyjątkowo bliski mojemu sercu. Przedstawia bowiem dwójkę moich własnych bohaterów, a konkretnie główną postać żeńską oraz partnerujące jej "zwierzątko", oboje z pewnej historii osadzonej w lekko steampunkowych klimatach.
Ze wszystkich opowieści, które przez lata powstały w mojej głowie, cztery są dla mnie najważniejsze, a co za tym idzie najbardziej rozbudowane, dopracowane i naprawdę wiele bym dała by kiedyś mogły ujrzeć światło dzienne jako książki czy komiksy (może przy odrobinie szczęścia i ogromnie ciężkiej pracy, zobaczymy...). I ta właśnie dwójka pochodzi z jednej z nich. Rysunek ten natomiast był pierwszą próbą przelania mojego pomysłu w formie graficznej na papier, pierwszy oficjalny projekt rzeczonych postaci.
Po raz kolejny zdarzyło się, że w trakcie pracy nad rysunkiem, z powodu jakiegoś wewnętrznego widzimisię wykonywałam skan na każdym jej etapie. Zwykle tak nie robię, wcześniej stało się tak tylko w przypadku Inphyy i tylko dlatego, że planowałam zakończyć rysowanie bez tła. Myślę, że tutaj udało mi się zeskanować rysunek w ten sposób, ponieważ praca nad nim trwała wyjątkowo długo, choć nie jest on bardzo wymagający czy skomplikowany. Rysowałam go akurat w trakcie sesji zimowej i na początku stanowił dla mnie jedynie małą odskocznię od nauki, by na chwilę oderwać się od książek, nanieść kilka kolejnych detali po czym znów do nich powrócić. Przy okazji co jakiś czas skanowałam pracę, ponieważ nie byłam pewna czy w ogóle ją dokończę.
Skończyć na szczęście się udało (pomijając tło, które i tak nie jest bardzo potrzebne w pracach typu "refka postaci"), a dzięki wielokrotnym skanom mogę teraz zrobić ciekawe zestawienie każdego z etapów pracy - od wstępnego szkicu, przez lineart z użyciem kilku kolorów i wstępne kolorowanie, aż do efektu końcowego. Muszę przyznać, że przyglądanie się tym etapom już po skończeniu danego rysunku jest bardzo pouczające dla mnie jako dla autorki i zastanawiam się czy nie powinnam wykonywać takich wielokrotnych skanów przy każdej kolejnej pracy
Praca ta jest dla mnie ważna również z tego względu, że jest pierwszą wykonaną z całości za pomocą markerów. Markerów mam póki co niewiele i do tej pory służyły mi jedynie jako wsparcie dla kredek, którym jestem najbardziej oddana. Planuję jednak powiększyć "kolekcję" markerów, by móc tworzyć za ich pomocą samodzielne prace i uważam, że ten rysunek stanowi udany początek współpracy z nimi:)
Markery czy kredki - konkretne media, których używam nie są aż tak istotne jak fakt, że tworzę jedynie za pomocą technik tradycyjnych. Niestety obecnie techniki te coraz bardziej wymierają, zwłaszcza wśród twórców rysujących w klimatach mangowych, wyparte przez programy komputerowe. I choć na razie mojej technice, kresce i innych aspektach rysunku tradycyjnego jeszcze sporo brakuje to zamierzam ciężko pracować by stać w opozycji dla wszechobecnych prac wykonanych za pomocą grafiki komputerowej. Być może kiedyś, za sto lat, moje tradycyjne prace osiągną poziom przewyższający techniki komputerowe. Chyba właśnie do tego chciałabym dążyć, nawet jeśli w tej chwili może się to wydawać nierealne. Powyżej natomiast znajduje się przykład rysunku typowo mangowej popkultury, której od czasu do czasu daję się porwać. Dziewoja Panda imieniem Megumi powstała jako bardzo spontaniczny, randomowy pomysł, jednak mam nadzieję, że będę miała jeszcze okazję by uwiecznić ją w nieco bardziej ambitnej kompozycji:p
Był taki krótki okres w moim rysunkowym życiu, gdy postanowiłam zbierać zamówienia na prace w zamian za punkty na Deviantart (***klik***). Niestety musiałam dość szybko zrezygnować z tego pomysłu, ponieważ chętnych na "points commission" było tak wielu, że przy moim tempie pracy nigdy nie zdążyłabym zrealizować wszystkich zamówień. Muszę przyznać, że kompletnie nie spodziewałam się takiego odzewu. Udało mi się narysować kilka  prac na zamówienie, z czego z dwóch jestem wyjątkowo zadowolona. Pierwsza praca stanowiła zamówienie na rysunek przedstawiający trójkę postaci z pewnego znanego cyklu książek autorstwa Laurell K. Hamilton, a motywem przewodnim miał być... fetysz stóp lub fetysz wysokich obcasów:q
Osobiście nie gustuję w takich fantazjach, ale wyzwanie rysunkowe to co innego, a wyzwania zawsze fajnie jest podejmować. Zaowocowało to właśnie taką, nieco mroczną, nieco zabawną pracą. Ma ona już trochę lat i teraz wiele rzeczy zrobiłabym w niej inaczej, ale osoba zamawiająca była zadowolona i to było najważniejsze. Drugi rysunek (ten powyżej) dotyczył już zupełnie innego, nostalgicznego wręcz tematu i wykonany był dla innej osoby. Uwiecznić na nim miałam zerwaną przyjaźń pomiędzy bohaterem z kreskówki Xiaolin Showdown a własną postacią dziewczyny, która dokonała u mnie zamówienia. Była to prośba równie zaskakująca i nietypowa co fetysz stóp, ale mam wrażenie, że podołałam jej, w czym dodatkowo utwierdzała mnie radość zmawiającej.
Poczynając od prac na zamówienie poruszamy się coraz bardziej wstecz jeśli chodzi o moją radosną twórczość. Kolejny rysunek zatrzymał się niestety na etapie lineartu i jest już na tyle "wiekowy" iż obawiam się, że już go nie skończę. Przynajmniej nie w takiej formie. Mam bowiem jeszcze małą nadzieję, że za jakiś czas (prawdopodobnie w wakacje) narysuję go od nowa, ponieważ bardzo podoba mi się ta koncepcja. Praca przedstawia moją ulubioną postać z gry Soul Calibur, małą "ero gothic lolitę" imieniem Amy w stylizacji nawiązującej do Chibiusy z Sailor Moon. Dlaczego takie połączenie? Jeśli uda mi się dokończyć tą pracę w nowej wersji poświęcę na wytłumaczenie tego cały oddzielny post. Póki co należy uzbroić się w cierpliwość.
Kot, któremu zadedykowałam kilka moich rysunków nie jest jedynym stworzeniem, które potrafi mnie pocieszyć gdy tego potrzebuję. Drugim jest mój drogi Luby i dla niego także udało mi się wykonać pewną pracę. Otóż miał on kiedyś pomysł na postać dziewczyny w klimacie fantasy, którą roboczo nazwał Pszczółką. Niestety nie wymyślił dla niej żadnej konkretnej historii i pomysł został zawieszony w próżni a później schowany do szuflady. Zmartwiło mnie to, ponieważ projekt ten bardzo mi się spodobał, postanowiłam więc wykonać własną wersję Pszczółki i wręczyć Lubemu jako prezent urodzinowy. Praca ta ma już kilka lat i gdy teraz na nią patrzę nie jedno miałabym ochotę zmienić (zwłaszcza ten średnio udany rój z przodu), ale jak zwykle najważniejszy był fakt, że obdarowany był zadowolony.
Kiedy już naprawdę brakuje mi czasu na pełnowymiarowe prace szkicuję po prostu na szybko wszystko to, co akurat przyjdzie mi do głowy. Tutaj widać kilka takich właśnie malutkich rysunków, zebranych razem, choć kompletnie ze sobą nie związanych. Są wśród nich zarówno rzeczy całkiem przypadkowe oraz bardziej konkretne, jak chociażby Pijawkotek będący dla mnie pewnym symbolem (ale nie zdradzę dokładnie o co chodzi) a także dziewczynka ze świeczką i balonami, która jest młodocianą formą jednej z moich najważniejszych własnych postaci.
A skoro znów jesteśmy przy moich własnych postaciach - oto dwie kolejne, na kolejnym "wiekowym" rysunku. Przedstawicielka szpiczastouchej rasy (nie będąca jednak elfką) imieniem Lamesi i jej tygrysopodobny podopieczny pochodzą z jednej ze wspominanych już czterech najważniejszych dla mnie opowieści. A dokładnie z pierwszej z nich, najstarszej i w moich myślach oficjalnie opracowanej i ukończonej. Ponieważ rysunek jest stary i techniczne bardzo wiele rzeczy mi się w nim nie podoba mam zamiar niedługo zabrać się za kolejne prace dotyczące owej historii. Zbyt wiele pomysłów, tak niewiele czasu...
Podobnie zresztą ma się sytuacja z tą bohaterką i historią jej dotyczącą. Jest to wspominana już przy okazji drobnych szkiców dziewczynka ze świeczką i balonikami. Tutaj w postaci dorosłej i w otoczeniu słoneczników. Słoneczniki są jednymi z moich ulubionych kwiatów, jak można się domyślić patrząc po moich pracach i pewnie jeszcze nie raz będę miała okazję je narysować. Jednak nie tylko kwiaty można na tym rysunku zauważyć, rzuca się bowiem w oczy również znamię, które dziewczyna ma pod prawym okiem. To właśnie tej postaci jestem winna najwięcej rysunków. Pochodzi ona z drugiej w kolejności historii, które powstały w mojej głowie i jest to opowieść dla mnie najważniejsza, bardzo osobista wręcz. Właśnie teraz jestem w trakcie pracy nad najnowszym rysunkiem, który będzie tej postaci dotyczył i mam nadzieje, że skończę go jak najszybciej by poświęcić mu oddzielny post na tym blogu.
Prócz własnych bohaterów i fanartów zdarza mi się również rysować postacie, które przyjdą na myśl pod wpływem chwili. Właśnie w takich pracach najlepiej widać emocje, które towarzyszyły autorowi podczas ich rysowania. Niebieska Dama powstała właśnie w chwili smutku i zwątpienia. I choć w tamtej chwili była postacią przypadkową to mam nadzieję jeszcze kiedyś wykorzystać wizerunek jej i łabędzia. Oboje są dla mnie nie tylko ucieleśnieniem smutku, ale i zimy, zatraconej możliwości by rozwinąć skrzydła. Teraz nie jest odpowiedni czas by do nich powrócić, ale może kiedyś...
Na sam koniec nie mogło oczywiście zabraknąć fanartu z jedna z moich ulubionych postaci z filmów Tima Burtona - Sally z Miasteczka Halloween. Była to jedna z pierwszych prac, na której w zadowalającym stopniu (jak na tamte chwile) opanowałam kolorowanie, znalazłam charakterystyczny dla siebie sposób nakładania kolorów i w każdym następnym rysunku ulepszałam technikę, którą zastosowałam w przypadku Sally. Od tej właśnie pracy zaczęłam w bardziej ambitny sposób patrzeć na własne rysunki i na możliwość ich dalszego rozwijania. 
Po większą ilość mojej radosnej, stale rozwijającej się twórczości zapraszam na moje konto na Deviantart ***klik*** :)