sobota, 3 grudnia 2011

Frankie Stein - Tea time

                        
Ogłaszam dzień dzisiejszy dniem Frankie Stein, by bezkarnie wrzucać inne zdjęcia, które udało mi się zrobić. Wychodzi na nich naprawdę pięknie, aż trudno się powstrzymać od wymyślania dla niej kolejnych scenerii. Tym bardziej nie mogę się doczekać by wreszcie zacząć dla niej szyć. Niestety lawirowanie pomiędzy moim rodzinnym miastem (w którym musi pozostać Frankie i wszystkie rzeczy potrzebne mi do tworzenia) a miejscowością, w której studiuje nieco mój zapał ogranicza. Jednak przy mojej kolejnej wizycie w domu powinno wreszcie powstać kilka ciekawych rzeczy. Pomysły i naszkicowane wykroje już są.
Od razu przyszła mi do głowy sesja zdjęciowa z wykorzystaniem mebelków, które pamiętają jeszcze czasy dzieciństwa mojej mamy i zostały przeze mnie odnalezione na babcinym strychu trzy lub cztery lata temu w wakacje... Nie miałam serca zostawiać ich w pudłach, po mamie odziedziczyłam zamiłowanie do tego typu miniaturowych rzeczy więc z przyjemnością ustawiłam je za szybą mojego "szklanego" kredensu jako element dekoracyjny. Teraz wreszcie doczekał się innego wykorzystania. Porcelanowy serwis natomiast to pamiątka, którą moja mama przywiozła sobie w ubiegłym roku ze Sztokholmu (tak, moja mama nadal od czasu do czasu kupuje małe, zabawkowe bibeloty... więc niech ktoś mnie spróbuje powiedzieć, że jestem za stara na lalki:p). Pasuje idealnie.
Z całego kompletu mebli (a są to miedzy innymi kanapa, dwa fotele, dwa różne stoliki i otwierana szafa) najbardziej lubię ten widoczny w tle zegar. Drzwiczki, które można zamykać i otwierać, ukrywają wahadłowy mechanizm. Frankie straciła chyba poczucie czasu (podobnie jak ja podczas robienia zdjęć). Czyżby była to herbatka u Szalonego Kapelusznika?
Nie zapominajmy rzecz jasna o psiaku. Watzit jak zwykle upodobał sobie miejsce tuż przy długich nogach swej pani i dostał nawet własną filiżankę ze spodeczkiem.
Podwieczorek posprzątany, można się wygodnie rozłożyć na kanapie. A jeśli nogi się nie mieszczą to od czego jest w końcu podręczny stolik do kawy?
Leniwe zamyślenie. Na tych zdjęciach widać dobrze ciekawą rzecz, a mianowicie dość nieanatomicznie wygięty "kręgosłup" u lalek Monster High, zwłaszcza jeśli chodzi o szyję. Szczególnie u Frankie dodaje to specyficznego charakteru, jak na córkę Frankensteina przystało.
Nawet Frankie sugeruje mi już, że czas kończyć. Jeśli tak dalej pójdzie mój blog poświęcony szyciu zmieni się całkowicie w fotobloga o Frankie Stein. A zapowiada się taka sytuacja ze względu na nadmiar pomysłów, jakie mam na ubrania dla niej. Oby inne moje zainteresowania nie poszły przez to w niepamięć.

2 komentarze:

  1. skoro o Szalonym Kapeluszniku mowa, to ona w sumie pasowałaby na Alicję :) taką troszkę mroczniejszą wersję (choć chyba nie aż tak jak w American McGee's Alice O_o)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja uwielbiam Alicję od American McGee:D

    OdpowiedzUsuń